Ta strona używa plików cookie w celach statystycznych oraz opcjonalnie do wyświetlania spersonalizowanych reklam. Kliknij zielony przycisk aby zamknąć ten komunikat:

Bezrobocie i kredyt

Bezrobocie i kredyt

czyli o przygodach z dwoma bankami po utracie pracy

 

Banki

Siedząc w domu pochylony nad plastikowym pojemnikiem wypełnionym śmierdzącym jak zaschnięte łajno tytoniem i pustymi gilzami papierosowymi czekającymi na napełnienie i ich spalenie za czas jakiś w procesie produkcji własnego raka zaczynam rozmyślać nad swoją nędzną sytuacją biedaka bez pracy, za to ze zdobytymi w pocie czoła kredytami czekającymi na spłacenie choćby w ułamkowej części po każdym przerażającym wg założeń socjotechniki bankowej telefonie o 8:00 rano w sobotę.

Oni tam nie śpią? W ogóle to pracują w weekendy? No ja nie mogę... A jednak!
Dział obsługi klienta nie pracuje, bo po co? Po co człowiek będzie chodził wpłacać pieniądze w sobotę, jak ma na to inne dni?
Dział windykacji to już jednak co innego... Na wymuszenie zwrotu długu dobra jest i sobota, i niedziela...

 

Podobno w sytuacji kryzysowej bardziej opłaca dogadać się z bankiem, niż przestać płacić. Bo podobno bankom bardziej opłaca się wiedzieć co piszczy w trawie u klienta i doliczać sobie prowizje z odsetkami zamiast płacić za składanie wniosków w sądzie, potem windykatorowi i ścigać dłużnika przebywającego nie wiadomo gdzie, po co i jak długo...

Ponieważ w listopadzie 2009 osobiście znalazłem się w takiej sytuacji, postanowiłem spróbować negocjacji w sprawie kilkumiesięcznego odroczenia terminów płatności rat do czasu, aż na moje konto zacznie spływać jałmużna zwana zasiłkiem dla bezrobotnych, która - kiedy zacznie wpływać - niemalże w całości zasili fundusz premiowy prezesów moich banków.

 

Niestety, zasiłek nie przysługiwał mi od razu po zarejestrowaniu się w PUP, albowiem umowa o pracę została rozwiązana na mocy porozumienia stron bez podania przyczyn.

Gdybym wiedział, że w przepisach dotyczących przyznawania prawa do jałmużny państwowej na równi traktuje się osoby tracące pracę nie ze swojej winy z osobami przeprowadzającymi się, nalegałbym w kadrach na dokonanie stosownego wpisu w świadectwie pracy...
No trudno, człowiek uczy się na błędach. I niestety, nie była to ostatnia nauka związana z utratą pracy, jaką wyciągnąłem w ciągu ostatnich kilku miesięcy...

Otóż będąc święcie przekonanym o dobrej woli i dobrym interesie dwóch banków, które są moimi wierzycielami, napisałem stosowne dwa wnioski...

 

 


 

Przypadek 1. GE Money Bank, znany jako BPH po 1 stycznia 2010

 

Kilka lat temu brałem raczej niewielki kredyt w tym banku na zakup komputera. Spłacałem go regularnie od początku do końca z jednym wyjątkiem – w którymś miesiącu okazało się, że zabraknie mi cyferek na koncie na wykonanie następnego przelewu... Napisałem zatem do GE Money zwykłego, prostego e-maila wysłanego z Outlook Express, bez żadnych podpisów cyfrowych i innych cudeniek, z pytaniem (podkreślam: pytaniem): czy istnieje możliwość przesunięcia terminu następnej spłaty o 1 miesiąc lub czy bank posiada jakieś inne rozwiązania, dzięki którym kolejna rata nie będzie bezwzględnie wymagana w terminie takim to a takim.

Odpowiedzi nie dostałem. Na e-mail. Przyszła po ok. tygodniu pocztą tradycyjną. Jakież było moje zdziwienie, gdy wysypawszy plik kartek z firmowej koperty formatu C5 znalazłem decyzję o przesunięciu terminu spłaty wszystkich kolejnych rat o 1 miesiąc wraz z nowym harmonogramem. Nie pomne teraz czy musiałem odsyłać podpisany egzemplarz aneksu do umowy, jako że było to z 7 lat temu. W każdym razie byłem mile zaskoczony faktem, że wysyłając tylko niezobowiązujące pytanie moja sprawa została zaskakująco szybko, sprawnie, skutecznie i tanio (raty podskoczyły o jakieś 2,50 zł) załatwiona.

Obecny kredyt w BPH (ówcześnie GE Money) wziąłem na leczenie. Niestety, poza głębokim upośledzeniem funkcji oszczędzania mam jeszcze bardzo chorobliwie usposobione uzębienie, toteż gabinety okolicznych dentystów znam niemalże jak własną kieszeń. Zdecydowana większość koniecznych w moim przypadku zabiegów nie jest refundowana przez nasz polski, doskonale funkcjonujący, znakomity i godny upamiętnienia w hymnie narodowym NFZ, zatem algorytm postępowania jest prosty: wziąć kredyt i zostawić go u dentysty. Z własnego doświadczenia wiem doskonale, że standardowe materiały i refundowane przez NFZ usługi dentystyczne to strata czasu, bólu i nerwów – wszystko wypada i psuje się najdalej po roku. Dlatego skoro już płaciłem za leczenie (usługę), to i standard (materiały) wybierałem wyższy. I płaciłem jak za zboże, wstrząśnięte, niemłócone. Ale efekty są – każdy ząbek, na który wydałem minimum 400 zł do dziś śmiga bez zarzutu jak mały blaszany samochodzik. To tak na marginesie.

W listopadzie ub. r. na skutek przejścia w wygodny, ale męczący stan bezrobocia skończyły się moje całkiem niezłe jak na wiejskie standardy dochody, zaś wspominając niespodziewaną i wiekopomną sytuację sprzed lat wystąpiłem do tegoż samego banku z podobnym pismem, tyle że tym razem już nie pytaniem, a ładnie napisanym wnioskiem o odroczenie terminów płatności następnych rat o 4 miesiące. Wniosek umotywowałem szczerze i zgodnie z prawdą brakiem jakiegokolwiek dochodu przez proponowany okres odroczenia i przyznanym prawem do zasiłku dla bezrobotnych, tylko że należącym się od końca lutego. Czyli w marcu mogę zacząć spłacanie rat na nowo, nie widzę problemu w tym, że raty będą wyższe, a na dodatek obiecuję spłacić wszystkie zaległości w 1 transzy i w ogóle to bank powinien mnie pokochać, bo będę potem wpłacał po 2 raty za jednym zamachem nie upominając się o zwrot nienależnie naliczonych odsetek wynikający z dużo krótszego, niż umówiony, okresu kredytowania.

 

Układ wydawał się prosty – bank zwiększa moje zadłużenie o prowizję za załatwienie sprawy, dolicza parę zł dodatkowych odsetek i każdy jest zadowolony.

 

Proste? Łatwe? Przyjemne? Tak!

Ale nie dla GE Money...

 

Na odpowiedź czekałem wcale niecierpliwie tym razem ponad 2 tygodnie. List z pozytywną decyzją przyszedł tuż przed wigilią Bożego Narodzenia, z żądaniem podpisania i odesłania aneksu w ciągu kilku najbliższych, wolnych ustawowo dni. Nikt nie pomyślał o tym, że zaraz będą święta, potem weekend, i w efekcie urzędy pocztowe zamknięte przez tydzień. Trudno, tak czy siak wysłałem wymagane dokumenty, choć było po terminie. Na szczęście bank najwyraźniej machnął ręką na te kilka dni zwłoki.

To są dwa dowody dobrej woli GE Money – pozytywne rozpatrzenie wniosku i nie zwrócenie uwagi na drobny poślizg wędrującej korespondencji.

Niestety, dowody te wpadły do wielkiej dziury wykopanej wcześniej przez bank jednym dowodem złej woli, nakryły się kopytami, wierzgnęły i zdechły.

Co się stało?

Otóż jakiś tydzień po wysłaniu wniosku (poszedł drogą elektroniczną, zatem bank dostał go 0,213 sek. po kliknięciu przycisku Wyślij) - ale jeszcze przed otrzymaniem decyzji - bank po raz pierwszy, odkąd mam z nim do czynienia, przysłał osobiste powiadomienie SMS-owe o zbliżającym się terminie spłaty kolejnej raty! To był dla mnie szok porównywalny z tym, jakiego doznałbym wygrywając 6 mln w Lotto...

Nigdy, przenigdy nie dostałem takiego przypomnienia! Dopiero teraz – czekając na rozpatrzenie wniosku, gdy bank już wie, że nie mam z czego spłacić, nagle przypomina o spłacie (innymi słowy - domaga się jej).

Doszedłem do wniosku, że złośliwość GE Money nie zna granic. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to wyłącznie zabieg psychologiczny, jednakże wyprowadził mnie on z równowagi na kilka dni.

Ja im tego nigdy nie wybaczę – stracili na zawsze klienta, który dwukrotnie oddawał im o 40% więcej, niż dostał. I każdemu będę odradzał BPH (obecnie firmowany przez GE Money Group).

Nie twierdzę, że to złodziejski bank – wyciskają z człowieka tyle, ile inne banki. Natomiast ten jeden SMS zniweczył całkowicie owoce łącznie 2,5-letniej współpracy.

A teraz ciekawostka. O ile poprzednio moje raty zostały przesunięte dosłownie i w przenośni (wówczas kwota najbliższej spłaty wynosiła 0,00 zł), o tyle tym razem zażądano natychmiastowej wpłaty 90 zł nie wiem na co. Co prawda uprzejma pani z banku dzwoniąca do mnie o 8:00 wyjaśniła, że to będzie dowód mojej dobrej woli, który to dowód powinienem wpłacić dobrowolnie w dowolnej wysokości pod groźbą natychmiastowego wypowiedzenia umowy kredytowej. Rozumiem. Ale dlaczego mam za swoją dobrą wolę płacić? Czyż nie wykazałem jej szczerze i szybko informując bank o swojej sytuacji? Przecież mogłem po prostu nie płacić przez 4 miesiące, nie odbierać telefonów i wyrzucać ewentualną korespondencję. Potem zapłaciłbym wszystkie możliwe kary i prowizje – i nie kosztowałoby mnie to dużo więcej, niż samo załatwienie odroczenia, które z odroczeniem de facto ma bardzo niewiele wspólnego.

 

Na szczęście poratowała mnie siostra dokonując „dobro-wolnej” wpłaty w moim imieniu. Bo niby skąd ja – bezrobotny – mam mieć pieniądze na takie dowody? Okazało się, że bank zabrał to na poczet jakiejś zaległości oraz 3 najbliższych, obniżonych do kilkunastu złotych rat. No bo odroczenia nie dostałem - jedynie 3 najbliższe raty zostały obniżone do na prawdę niewielkiego poziomu. Zastanawiam się teraz czy wyraziłem się we wniosku niejasno. Ale chyba nie - pisałem wyraźnie „brak dochodu”, a nie „osiągam dochód w wysokości 20 zł, który mogę wpłacać co miesiąc”.

 

Życzyłbym sobie, aby na tym był koniec... Ale jak wiemy, choć się do tego nie przyznajemy, życzenia bardzo rzadko się spełniają. A może i nigdy... To jak z „szóstką” w Lotto.

Mam w tym samym banku kartę kredytową. Pracując sobie spokojnie wydawałem z niej równie spokojnie pieniążki dokonując od czasu do czasu niewielkich zakupów. Kiedy jednak praca przeszła do historii, nagle zawisł nade mną kolejny miecz, tym razem spod znaku Visa i GE Money. Tutaj dostałem odroczenie, co się zowie – brak wymagalności. Tylko co z tego, skoro tylko na miesiąc?
Trudno, niech sobie dzwonią, piszą, przyjeżdżają i co tam sobie wymyślą. Wiedzą jaką mam sytuację, wiedzą, że zacznę wkrótce regulować wszystkie zobowiązania, więc cokolwiek teraz zrobią, będzie czystą złośliwością i budową żelbetowego muru oddzielającego mnie od korzystania z usług BPH (GE Money) w przyszłości.

Od niedawna w końcu upragniony zasiłek wpływa na konto, a ja zasilam z niego kiesy bankowców. Niestety, terminy spłat trochę się rozmijają z terminami przelewów z PUP, więc telefony otrzymuję z BPH nadal. Tylko że śpiewka jest już zupełnie inna. Żadnego straszenia, tylko zwykłe targowanie się co do dnia i próba wymuszenia nalania przeze mnie z pustego.
Wygląda to każdego miesiąca mniej więcej tak:

(Sobota, 9:30. Dzwoni telefon. Numer spoza książki adresowej. Oho, chyba bank...)

Pani z banku: - Dzień dobry, dzwonię z banku BPH, dawniej GE Money.... (i tutaj następuje procedura sprawdzająca moją tożsamość)... Dzwonię w sprawie zaległości w wysokości 78,76 zł.
Ja: - Tak rozumiem, zaległość ureguluję 10. bieżącego miesiąca (czyli za kilka dni).
P.z.b.: - A nie ma pan od kogo pożyczyć i wpłacić pieniędzy wcześniej?
Ja:
- Nie ma szans... (i tutaj tłumaczę kolejny raz na jakim zadupiu mieszkam i jaka tu nędza przeraźliwa)
P.z.b.:
- Ale ja nie mogę zaznaczyć panu spłaty na 10. miesiąca, nie mam takiej opcji. Mogę umówić się na 9.
Ja:
- No dobra, niech będzie 9., ale i tak pieniądze pójdą przelewem 10., bo w tym dniu wypłacany jest mi zasiłek.
P.z.b.: - No dobrze, to ja zaznaczę 10., bo widzę, że zawsze dokonuje pan wpłat w umówionym terminie.
Ja: - Dziękuję bardzo, do widzenia.

 

 


 

 

Przypadek 2: ING Bank Śląski.

 

Jak każdy inny bank i ten wyciska z klienta maksimum i o złotówkę więcej (28 zł miesięcznie za prowadzenie to chyba za dużo jak na standardowe konto), ale ING przynajmniej nie kryje się za drobnym druczkiem i ściąga z konta jawnie najróżniejsze prowizje i bardzo wysokie opłaty czasem zaznaczając, że jest jednym z najtańszych w kraju banków... Taki paradoks tytułem wstępu.

 

Powodem wzięcia przeze mnie niedużej pożyczki w ING była także potrzeba niezwłocznego kanałowego leczenia korzeni, ponieważ ta usługa dla tych korzeni nie była objęta refundacją naszego wspaniałego i cudownego NFZ (będę zawsze wychwalał tę instytucję, ironicznie oczywiście).
Wziąłem 1000 zł na 2 lata, a że od wielu lat jestem klientem tego banku (chyba już z 10) i zdążył on już ze mnie górę groszy wycisnąć, raty są niewielkie (niskie oprocentowanie, niska prowizja, nawet ubezpieczenia żadnego nie musiałem brać).

Spodziewałem się, że wniosek o odroczenie terminów płatności zostanie szybko uznany i zatwierdzony, tym bardziej że w PUP podałem numer konta właśnie w ING do przelewania zasiłku, a zatem bank będzie miał taki wgląd w moje finanse, jak Google w strony www.

 

Na początek wysłałem wniosek drogą elektroniczną, ale za bardzo nie było wiadomo dokąd go puścić. Jak okazało się po paru dniach, problem z wysłaniem e-mail nie był pozbawiony przyczyn – ING takie sprawy załatwić może wyłącznie na wniosek pisemny złożony osobiście w oddziale, w którym podpisano umowę o prowadzenie konta. Dziwne w XXI wieku.
Uśmiałem się od niechcenia myśląc o tym – jak to, mam teraz jechać 340 km do Wrocławia? A może polecę odrzutowcem? Ale boję się latać. Więc może popłynę kajakiem? Trudno zabłądzić – hop do rzeczki płynącej niedaleko domu, 4 przesiadki na inne rzeczki i już jestem na Odrze. Droga prosta, praktycznie bez zakrętów, aż do Odry z nurtem. potem pod prąd kilkaset kilometrów, ale co to jest dla kajakarza...

Niestety, na kajak także mnie nie stać, więc wysłałem poleconym wniosek i kopię decyzji o przyznaniu statusu bezrobotnego. Na szczęście nie upierali się na osobiste stawiennictwo. Uff...

Gdy tylko list doszedł na miejsce, zadzwonił miły pan z banku i poinformował o przekazaniu wniosku dalej, o prawach mi przysługujących, wyjaśnił kilka spraw i... i zaczęło się czekanie na decyzję. Trwało to – z ręką na sercu – jakiś miesiąc!

Nasuwa się tutaj jedno niepodważalne spostrzeżenie – banki nie muszą się z niczym spieszyć, zaś ich klient ma reagować na wszystko z zegarkiem w ręku, w którym nie ma daty jutrzejszej...

Po prostu na każdym kroku człowiek odczuwa, że to nie bank jest dla klienta, ale klient dla banku. Paranoja...

W końcu decyzja przyszła. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – negatywna!

Cóż, można i tak załatwić sprawę – ale bank przynajmniej jest już uprzedzony, że żadne pieniądze na konto nie wpłyną aż do marca, no chyba że coś sprzedam na Allegro. Tylko że za bardzo nie mam czego sprzedawać...

Zatem zadłużenie z powodu nie pobranych przez bank rat będzie rosło, dojdą opłaty za prowadzenie konta, dojdą zapewne kary i prowizje za ponaglenia, ale to się spłaci. Cieszy mnie w przypadku ING jedna rzecz – nie są złośliwi i nie wydzwaniają bez potrzeby. Wiedzą jaką mam sytuację i dali mi święty spokój. Oczywiście nie wątpię, że bank od czasu do czasu o sobie przypomni, aczkolwiek mam do niego o niebo większe zaufanie pomimo negatywnej decyzji, niż do ex-GE Money z pozytywnie rozpatrzonym wnioskiem.

Wszak wystarczy sprawę rozpatrzyć na TAK lub NIE i koniec dyskusji, jak w ING. Po co straszyć 2 razy w tygodniu rozmową z konsultantem i wysyłać złośliwie SMS-y mające złamać mnie psychicznie? Choćbym nawet nie był świadom technik bankowych i dał się zastraszyć tak, że trząsłbym się na każdy dzwonek telefonu, denerwował nieustannie i ciągle myślał o kredycie, to w żaden cudowny sposób nie pojawią się PLN-y na moim koncie, które mógłbym im natychmiast oddać.

Ciekawostka: ostatnio trochę się pomyliłem w obliczeniach i ING dostał o 7,50 zł za mało. Spostrzegłem się dość szybko, ale niestety, nie było już z czego dorzucić brakujących złociszy, bo opłaciłem wszystkie rachunki zaległe i bieżące, a nawet wysłałem 5 zł na poczet jednej przyszłej faktury.
No i niespodziewanie otrzymałem telefon. Że brakuje 7,50 i że do jutra musi być to uregulowane, bo jak nie, to popamiętam - doliczą mi 45 zł kary! Trochę potargowałem się z panem z banku i stanęło na tym, że wpłacę to w dniu, w którym zasiłek powinien wpłynąć (normalne - niby skąd wezmę kasę wcześniej?), oraz że karnej opłaty bank mi nie naliczy.
Gadaliśmy tak kilka ładnych minut. Podejrzewam, że bank za telefon do mnie zapłacił mniej więcej tyle, ile wynosiło moje zadłużenie, licząc koszt połączenia i czas pracy osoby dzwoniącej w imieniu banku.
Ale co tam - banki w Polsce są bogate. Zapłacą na ten przykład 20 zł żeby wydrzeć z mojej kieszeni 10 zł.

 

 


 

 

I mnie, i bankom, nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać. A bankom na przyszłość dodatkowo nie pozostaje nic innego, jak tylko czasem uwierzyć klientowi, że nie ma od kogo pożyczyć, że nie uchyla się od zobowiązań, że stara się przeżyć do czasu, aż będzie mógł oddać bankowi pieniądze, a diabłu ogarek. A nie jest to takie proste, gdy nie ma ofert pracy, którą mógłbym podjąć...

 

 


 

Nauka 0: Jeżeli przeprowadzasz się do innej miejscowości i z tego powodu rozwiązujesz umowę o pracę (nie ważne w jakiej formie), to zaznacz to wyraźnie w treści wypowiedzenia (po podpisaniu odbioru zrób kopię) oraz domagaj się umieszczenia tej informacji w świadectwie pracy.

Zastosowanie: jeżeli będziesz rejestrować się w Urzędzie Pracy jako osoba bezrobotna, będziesz mieć od razu prawo do zasiłku.
W przeciwnym wypadku nie dostaniesz nic przez pierwsze 3 miesiące, a okres wypłacania zasiłku skracany jest o te miesiące oczekiwania. Innymi słowy jeżeli zarejestrujesz się 1 stycznia i zostanie ci przyznany zasiłek na rok, pierwszy dostaniesz dopiero w maju (za kwiecień, bo wypłacany jest z dołu). I należał ci się on będzie tylko przez 9 miesięcy, czyli do końca grudnia.
Z drugiej strony potencjalny pracodawca będzie miał większe zaufanie do osoby bezrobotnej z powodu przeprowadzki, niż do osoby, która po prostu rozwiązała umowę w trybie nagłym (za porozumieniem stron).

 

Nauka 1: Banki mają czasu pod dostatkiem w przeciwieństwie do ich klientów, którym tego czasu bezwzględnie i uporczywie odmawiają.

Zastosowanie: jeżeli ktoś przewiduje problem z bliższą lub dalszą płatnością raty kredytu, niech czym prędzej kontaktuje się z bankiem w sprawie odroczenia, bowiem zanim dostanie decyzję, może zostać obciążony karami umownymi i zostać uznanym za uchylającego się od obowiązku spłaty zaciągniętych wierzytelności i zostanie wobec niego wszczęte postępowanie windykacyjne (najpierw pozasądowe, w ramach regulaminu banku).

Zastosowanie to nie dotyczy BPH (grupa GE Money), który natychmiast po otrzymaniu informacji o trudnościach klienta zaczyna stosować triki psychologiczne (w domyśle – nie istnieje klient z chwilowymi problemami, klient zawsze celowo uchyla się i ciągle uchylać się będzie od obowiązku, toteż należy go szybko złamać i wyciągnąć z niego co się da w oparciu o zabiegi socjotechniczne). To w efekcie działa na niekorzyść samego banku burząc zaufanie i wizerunek poważnej instytucji. Przynajmniej w oczach świadomego klienta.

 

Nauka 2: Należy unikać banku BPH (GE Money Group) jak złego szeląga.

Zastosowanie: ochota na kredyt.
Przy kontaktach z tym bankiem wynikających z chwilowej niedyspozycji finansowej odechciewa się wszystkiego, a zwłaszcza pożyczania pieniędzy.

 

Nauka 3: Nie należy ubiegać się o kredyt mieszkając w hiper-tanio, okazjonalnie wynajętym lokalu.

Zastosowanie: mieszkając 340 km od domu w wynajętej za grosze klitce należy pamiętać o tym, że z tej klitki można być w każdej chwili wyrugowanym (np. zostanie ona niespodziewanie sprzedana). Znalezienie nowego lokum nie jest może wielkim problemem, jednakże płacenie rat kredytów oraz za wynajem pokoju/mieszkania po cenach rynkowych (nie hiper-tanich, okazjonalnych) to już historia z innej bajki.
Rata, kaucja, pierwszy czynsz z góry – i człowiek na śniadanie przez miesiąc lub dwa będzie musiał zjadać tynk ze ściany, na obiad żuć trociny (jesli mieszka koło parku), a na kolację... cóż, po prostu z niej zrezygnować. Są ludzie, którzy nie jedzą kolacji i żyją.

 

Nauka 4: Należy dbać o zęby albo wstawić sobie tytanowe implanty.

Zastosowanie: na całe życie.
Jeżeli ktoś ma uzębienie podatne genetycznie na próchnicę – jak ja – należy od czasu do czasu zacisnąć pięść i skierować ją ku niebu w groźnym geście. W niczym to nie pomoże, ale przynajmniej dłonie trochę się pogimnastykują...

 

Nauka 5: Jeżeli nauczysz się czegoś na cudzym błędzie, warto postawić mu za to piwo.

Zastosowanie: od czasu do czasu.

 


© www.mielecin.pl, 2010-2011