Ta strona używa plików cookie w celach statystycznych oraz opcjonalnie do wyświetlania spersonalizowanych reklam. Kliknij zielony przycisk aby zamknąć ten komunikat:

Oszuści w Internecie, cz. 3

 

Oszuści w Internecie

Część III

Figa z makiemNo i nagle przyszedł kryzys... Nie masz pracy, w domu nigdy się nie przelewało, mieszkasz na wsi, pracy nie ma, rachunki trzeba opłacić... Koniecznie trzeba znaleźć płatne zajęcie, bo jak nie, to... Hmmm... Najlepiej byłoby robić coś w domu, bo tu jesteś cały czas. Może chałupnictwo? No ciekawy pomysł.
Otwierasz przeglądarkę, szukasz ofert. Tak, jest ich w bród! Na pewno coś dla siebie znajdziesz. Ot, głupek - zamiast wysyłać tygodniami CV trzeba było zająć się zarabianiem chałupniczym albo w Internecie. Oferty mówią, że zarobisz nawet do 5000 € miesięcznie jeżeli się przyłożysz do pracy. A ty się przyłożysz, przecież jesteś w domu i nic innego do roboty nie masz...

Co tu wybrać? Składanie długopisów? Kopert? Regenerację głowic drukujących? Naklejanie logo na koperty? A może zająć się oglądaniem reklam za pieniądze i wykonywaniem płatnych zadań w Internecie? Dla każdego coś się znajdzie, ofert do wyboru, do koloru, wszystkie świetnie płatne, a wybierając tylko jedną i to najsłabszą zaczniesz zarabiać więcej, niż w ostatniej pracy. No ale kto by wybierał słabe oferty, skoro są też rewelacyjne, dzięki którym będziesz zarabiać 500 € dziennie...

Nie zastanawiając się wiele zaczynasz pisać e-maile wyrażające zainteresowanie współpracą, tudzież zaczynasz rejestrować się w serwisach płacących za oglądanie reklam.

Uwaga: STOP!

Zanim zaczniesz "zarabiać" przeczytaj dlaczego w najlepszym przypadku stracisz tylko czas...

 

 

Przypadek 3: Arti Komputerowiec vs. oszustwa w majestacie prawa

 

Czyli demaskujemy mity z serii "ZARABIANIE W INTERNECIE":

  • CHAŁUPNICTWO
  • ZARABIANIE NA OGLĄDANIU REKLAM
  • PŁATNE SONDAŻE

CHAŁUPNICTWO – z definicji i z praktyki (tej uczciwej) wynika, że są to drobne prace wykonywane w domu, z materiałów zamówionych zwykle poprzez Internet od firmy, która pracę taką oferuje. Aby zajmować się chałupnictwem w zasadzie wystarczy posiadać nie więcej, niż jedną lewą rękę i trochę wolnego czasu.

W praktyce nie jest tak różowo zgodnie z zasadą, że teoria to jedno, a życie i tak rządzi się swoimi prawami. Niestety, na łatwowierności biedaków (no bo przecież dobrze zarabiający człowiek nie myśli o chałupnictwie) kabzę nabijają sobie różne szemrane typy spod niezbyt jasnej gwiazdy, a biedak pozostawiony jest sam sobie z jeszcze większymi długami i chałupniczymi wyrobami, które zaczynają mu się śnić nocami...

W całym kraju działa może kilka firm, które dają faktycznie zarobić i rzeczywiście działają tak, jak sobie to przeciętny ubogi Kowalski wyobraża. Czyli płacą za pracę (umowa zlecenie lub o dzieło), dostarczają i odbierają towar, organizują zdalne szkolenia. Zapewne da się je policzyć na palcach jednej ręki. Ja sam nie znalazłem takowej, bo gdybym znalazł, nie musiałbym przez kilka ładnych dni w miesiącu – przed wypłatą – siedzieć wieczorami o suchym pysku ;-)

Na czym polega chałupniczy mit?

Prześledźmy typowe przypadki mniej więcej krok po kroku.

KROK 1: Zleceniodawca ogłasza się.

W prasie, w Internecie, w Telegazecie, na tablicy ogłoszeniowej – gdziekolwiek. Oferuje najczęściej takie prace, jak składanie długopisów, składanie kopert, regenerację głowic atramentowych i kartridży (do drukarek igłowych i laserowych), wprasowywanie obrazków na koperty, koszulki bawełniane, itp. Prace te są dość proste do wykonania, ale zanim otrzymasz pierwsze zlecenie musisz bezwzględnie otrzymać instrukcję poprawnego wykonania zadania, zwłaszcza w przypadku regeneracji materiałów eksploatacyjnych do drukarek,

To co, wybierasz coś czystego i prostego - składanie długopisów? No dobra, skoro nie chcesz się brudzić tuszem, to OK.

KROK 2: Zleceniodawca musi ciebie przeszkolić, tj. wysłać ci zwykle płatną instrukcję.

Tutaj już dość często (choć nie zawsze) pojawia się pierwsze wyłudzenie pieniędzy – za przysłanie instrukcji zleceniodawca pobiera opłatę! Tak robią chyba najbardziej zdesperowani oszuści liczący na najmniejszy nawet grosz – wszak trzeba frajera naciągnąć od razu, bo jeszcze się rozmyśli i będzie „po ptokach”...

Kwoty są różne, od 20 do nawet 80 zł za kilka niedokładnie skserowanych kartek, słabo czytelnych nie tylko z powodu kopii z kopii wykonanej na końcówce tonera, lecz również z powodu koślawego języka pełnego błędów ortograficznych, literówek i składniowo przypominającego tłumaczenie przez Google Translatora języka chińskiego na mandaryński, a tego dopiero na polski.

I jak, dasz radę skręcać długopisy zgodnie z instrukcją, za którą zapłaciłeś? No to teraz musisz tylko skontaktować się ze zleceniodawcą i zamówić półprodukty. Oraz przesłać dane do tzw. umowy zlecenia.

KROK 3: Zamawiasz półprodukty.

Myślisz, że to takie proste? Niestety – nie. Za półprodukty też musisz zapłacić, w przeciwnym wypadku nikt ci niczego nie da. Czasem niektóre firmy nazywają to kaucją, czyli zabezpieczeniem podlegającym zwrotowi.

Opłata dokonana musi być z góry przelewem na konto, sporadycznie zdarza się, że oszust oferuje możliwość zapłacenia listonoszowi przy odbiorze przesyłki. Opłata tu już jest wielokrotnie wyższa, niż w przypadku instrukcji. Np. za 1000 długopisów od 50 zł wzwyż, za pakiet do regeneracji głowic nawet 350 zł. Podaję ceny, z którymi gdzieś kiedyś osobiście się spotkałem - ceny ekstremalne. Ty zapewne znajdziesz coś pośredniego. Ale nie przejmuj się, i tak dasz zarobić naciągaczowi. Ups, sorry, chciałem powiedzieć - zleceniodawcy.

KROK 4: Wykonanie zlecenia, czyli pierwszy ucisk w sercu.

Uff, 1000 rurek dolnych, 1000 rurek górnych, 1000 pierścieni, 1000 wkładów, 1000 sprężynek, 1000 zatyczek, 1000 zaczepów, 1000 przycisków, 1000 przekładni w końcu zmontowane...  Nie wiedziałeś, że to tyle czasu zajmuje, co nie!? Nie były to Venusy z Astry składające się z 4 elementów, ale jakieś chińskie zenitopodobne podróbki z melaminy... W końcu zapłaciłeś 200 zł za dostawę, więc nie mogło to być jednorazowe byle co ;-)

No i co dalej? A no właśnie...

Masz teraz do sprzedania 1000 badziewnych chińskich długopisów, z których co trzeci nie pisze, a co czwarty zacina się nie wiadomo dlaczego... W sumie połowa do wyrzucenia od razu po zmontowaniu.
No dobra – pal licho jakość, ale kto tyle kupi? Jakiś kiosk? Jakaś firma do biura? Nie, kiosk odpada, bo ma swoich własnych dostawców. Jakaś firma – no, może i tak, ale pod warunkiem, że wystawisz fakturę.

Chwila, zaraz! Dlaczego ja twierdzę, że to ty masz do sprzedania towar? Czyż nie wykonywałeś tylko zlecenia montażu (pracę chałupniczą)?

Ano dlatego, że nie odkupi od ciebie tych długopisów firma, która ci je w częściach przysłała. Nie taka była umowa. Przyjrzyj się jej dobrze – firma tylko zobowiązuje się w niej do dostarczenia półproduktu w takiej to a takiej cenie za taką to a taką ilość. A ty zobowiązujesz się do przerobienia półproduktu w produkt końcowy - czyli zawoalowane bla bla ble ble. I nic ponadto. Dobrze, jeżeli jest gdzieś w umowie gwiazdka i mikroskopijny druczek mówiący o tym, że produkt finalny przechodzi na własność zleceniobiorcy. Jeżeli tego nie ma, to o fakcie tym dowiadujesz się dopiero po skontaktowaniu się ze zleceniodawcą. O ile ci się uda taki wyczyn - e-maile zwykle pozostają bez odpowiedzi, a telefonów (z numerów podanych w wysłanej do firmy podpisanej umowie zlecenia) nikt nie odbiera.

I tak to działa. Nie masz prawa żądać zwrotu pieniędzy od firmy, bo towar otrzymałeś i przerobiłeś. Co innego gdybyś w ogóle paczki nie otworzył. Nie masz prawa odesłać mu tych długopisów, bo on tego towaru nie zamawiał ani nie zobowiązał się nigdzie do odbioru. Po prostu – sam sobie sprzedawaj te długopisy, głowice, koperty... Przecież jest Allegro, nie? Tylko że kiedy rzucisz okiem na ceny u konkurencji, to dowiesz się, że poniesiesz co najmniej 25% straty, o zarobku nie wspominając... Zarobek ma tylko zleceniodawca. Podwójny. Raz - że sprzedał swój towar, dwa - że umowę zlecenie podpisane przez ciebie wrzuci sobie w koszty działalności. Cóż - Polak potrafi! ;-)

KROK 5: Przyznanie się do frajerstwa przed samym sobą.

Następuje zwykle kiedy nie poddajesz się po KROKU 4 i zasięgasz porady prawnej czy w inny sposób próbujesz odzyskać stracone pieniądze. Niestety, ale nic nie odzyskasz. Nawet kaucja przepada, bo jej zwrot zwykle obwarowany jest trudnymi do spełnienia warunkami, np. zamówienie półproduktów na kwotę powiedzmy 1000 zł w ciągu 2 tygodni. To wszystko jest w umowie, którą dostałeś. Ale że nie czytałeś jej dokładnie podekscytowany czekającym ciebie wkrótce bogactwem, to tylko twój błąd.

Przyjrzyj się jej – jeżeli w ogóle jest. Bo czasem możesz być po prostu ściemniony już na początku współpracy, że np. księgowa przychodzi do firmy raz w miesiącu i umowa będzie sporządzona dopiero za 3 tygodnie.

Jeżeli masz umowę, to co w niej jest? Zlecenie wykonania takiej to a takiej pracy, zobowiązujesz się do zakupu towaru w takiej to a takiej ilości za taką to a taką kwotę, a wysokość twojego zarobku to prowizja ze sprzedaży wstępnie określona na ileśtam procent. Tak, to twoja marża, i możesz ten procent dowolnie sobie regulować. Tylko że to jest tak ładnie ubrane w słowa i cyferki, że na pierwszy rzut oka nic nie wzbudza twoich podejrzeń.

To pierwszy przykład legalnego naciągania ludzi.

A teraz przykład drugi.

 


 

ZARABIANIE NA OGLĄDANIU REKLAM – dość popularna forma spędzania wolnego czasu przed komputerem - bo z zarabianiem ma akurat tyle wspólnego, że na wirtualnym koncie przybywa wirtualnych groszy, centów czy punktów w tempie ślimaka bez nogi dotkniętego paraliżem.

Zarabianie na reklamie ma kilka wariantów, z których najpopularniejsze to PTC (Paid to Click) – klikanie w linki i bannery, często w połączeniu z mailingiem reklamowym, w którym są powielone reklamy z systemu, bądź rozsyłane te przeznaczone do klikania tylko z e-maila.

Kto tu zarabia? Właściciel serwisu. Tego i współpracujących/konkurencyjnych. I nikt poza nimi. Opowiem pokrótce jak to działa, a następnie zilustruję autentycznym przypadkiem.

  1. Zlecenie reklamy.
    Właściciel serwisu otrzymuje pieniądze od reklamodawcy, którym jest zazwyczaj właściciel podobnego (albo współpracującego, albo konkurencyjnego) serwisu. Tutaj normalne pojęcie "konkurencji" traci sporo na znaczeniu - nie ma nic wspólnego z podnoszeniem jakości i wiarygodności, czyli renomy - a przeto zysków. Chodzi raczej o dzielenie się zyskami - ty, konkurent, zareklamujesz mnie i zarobisz, a i ja dzięki temu zarobię. Tak to paradoksalnie działa.
    Bardzo rzadko reklamę zlecają normalne firmy produkcyjno-usługowe czy właściciele serwisów www próbujących się wypromować – prawdę mówiąc są to wyjątki.
    Reklamodawca określa ile chce mieć wejść (kliknięć) i na tej podstawie właściciel serwisu PTC kasuje zleceniodawcę na określoną kwotę, z której część (często większą!) przeznacza do „wyklikania” przez zarejestrowanych użytkowników programu.

  2. Opublikowanie reklamy.
    Reklama w postaci bannera (najczęściej) lub linku (rzadziej) pojawia się na stronie systemu w dziale przeznaczonym do klikania.
    Aby stać się uczestnikiem systemu i widzieć płatne reklamy należy zarejestrować się na stronie podając swój e-mail, nr konta bankowego czy PayPal, dane osobowe, a na koniec zaakceptować regulamin.

    UWAGA: to właśnie w regulaminie jest haczyk, na który należy zwrócić szczególną uwagę. Ale o nim będzie dalej.

    Warto tu zwrócić uwagę na system rejestracji dający możliwość budowania wielopoziomowych piramid pracujących na dochód osoby na wyższym poziomie. Jeżeli z twojego linku referencyjnego zarejestruje się ktoś, kto będzie aktywnie klikał, z jego linku następna osoba, a z jej kolejna, powstaje piramida zarobków (tzw. sieć poleconych). Od każdego płatnego kliknięcia osoby zarejestrowanej z twojego linku dostajesz np. 20% kwoty, od osoby z jej linku 10%, a od osoby na 3-cim poziomie 5%. Im większa sieć poleconych tym zarobki osoby na szczycie są większe – przy czym żeby zbudować sieć umożliwiającą zarabianie co się zowie, trzeba być wyjątkowo łebską osobą. A taka osoba biedy nie klepie i w reklamy klikać nie musi, wiec nie dla niej mój artykuł...
    Aha – kilka dużych sieci może zrujnować cały system w kilka dni. Procenty są czysto wirtualne, pieniądze nie są odciągane z niczyjego konta, lecz dopisywane ot tak sobie do kont osób na wyższym poziomie. Mając na przykład 10 osób poleconych, które mają po 10 osób poleconych, a te z kolei też po 10 osób tworzy się sieć o wielkości 1111 osób. Osoba na szczycie z jednej reklamy wartej 1 grosz może zarobić teoretycznie 63 gr. Każda osoba na każdym kolejnym poziomie zarobi swojego grosza i swoje odsetki. W ten sposób właściciel systemu na klikanie w 1 reklamę wartą 1 gr będzie musiał wydać łącznie 14,93 zł (niech mnie ktoś poprawi jeżeli się mylę). Dlatego w serwisach tego typu istnieją przede wszystkim ograniczenia co do ilości kliknięć w jedną reklamę – po przykładowo 500 kliknięciach reklama znika ze strony. I każdy zarabia wówczas grosze... W końcu o to chodzi - dać złudzenie zarabiania banknotów wysypując tylko garść miedziaków.
    Osoby będące na szczycie porządnie rozbudowanych piramid mogą rzeczywiście zarabiać wyraźne pieniądze. Mimo to jednak nie są to kwoty pozwalające na utrzymanie się, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że 90% systemów reklamowych to... zwykli oszuści! Tak, oszuści, którzy prowadzą system przez kilka miesięcy, po czym nagle ich witryny znikają z Internetu, a na tematycznych forach pojawiają się niecenzuralne wypowiedzi na ich temat...

  3. Klikanie w reklamy.
    Po kilknięciu otwiera się nowe okno (lub zakładka) – u góry widzisz ramkę z paskiem postępu, pod nią witrynę reklamodawcy.
    A co to za ramka? Ano, nikt nie płaci za samo klikanie – żeby twój grosik/cencik/punkcik został dopisany do konta, musisz spędzić na stronie reklamodawcy określoną ilość czasu. 20, 30, 40 sekund, czasem minutę, zdarza się też, że musisz coś na tej stronie zrobić, np. przejść na 2 podstrony, by twój zarobek został dopisany do konta. Odliczanie i sprawdzanie przejścia na podstrony odbywa się właśnie w tej ramce.
    Na szczęście w większości wypadków można sobie pootwierać tyle reklam naraz, na ile pamięci w komputerze wystarczy, a potem hurtem wszystkie zamknąć nawet na nie nie patrząc. Takie działanie jest oczywiście niezgodne z regulaminem każdego systemu ;-) W swojej praktyce spotkałem się tylko z jednym systemem, w którym kliknięcie wielu reklam naraz nie było możliwe. Nie, nie w Polsce, a w USA. W dodatku był to jeden z niewielu uczciwych serwisów i faktycznie wypłacił mi moje „ciężko zarobione” 30 USD.
    UWAGA: w niektórych systemach istnieje możliwość zarabiania poprzez tzw. "wykonywanie zadań". Z reguły polega to na tym, że należy skontaktować się z agentem jakiejś instytucji (np. biura podróży, ubezpieczalni, banku) i udawać zainteresowanego jej produktami. W zasadzie nie robimy nic złego oprócz zawracania gitary agentowi, jednakże za umówienie się na rozmowę, w której ostatecznie rezygnujemy z produktu wybranej instytucji, możemy zarobić nawet 2 - 5 zł! Pod warunkiem, że ktoś nam to wypłaci - a to już historia z zupełnie innej beczki.

  4. Codzienne sprawdzanie ile brakuje do wypłaty...
    U! Do wypłaty! Brzmi zachęcająco?
    Tutaj opiszę na co zwracać trzeba uwagę podczas rejestracji w systemie, na ten jeden szczególny zapis regulaminu w każdym z nich, który determinuje ich być albo nie być i powoduje, że pieniądze zarobione przez uczciwych „klikaczy” w 99,99% przechodzą na własność właściciela serwisu, czyli po prostu przepadają...

    Mianowicie każdy, ale to każdy system tego rodzaju, nie ważne czy uczciwie wypłacający pieniądze czy będący oszustwem od początku do końca, posiada zapis w regulaminie, który określa MINIMUM kwoty do wypłaty.

    Innymi słowy dopóki nie uzbierasz minimum, dopóty nie masz prawa żądać wypłaty. I nic z tym nie zrobisz.
    W przytłaczającej większości wypadków minima wynoszą tyle, że musiałbyś klikać przez KILKA LAT codziennie w kilkanaście – kilkadziesiąt reklam.
    Przykład: zanim będziesz mógł ubiegać się o wypłatę gotówki, musisz uzbierać na koncie 100 USD. W serwisie pojawia się codziennie średnio 25 reklam wartych od 0,5 do 1 centa, średnio 0,75 centa. Dziennie możesz tak zarobić 18,75 centa. Zanim uzbierasz minimum, musisz klikać przez 533 dni. Blisko półtora roku.
    Jedyna możliwość wcześniejszego wykorzystania zgromadzonych pieniędzy to wykupienie własnej reklamy w ramach serwisu...
    Od razu uczulam – systemy o minimach wymagających klikania dłużej, niż 1 - 3 miesiące (przeciętnie) są zwykle niewypłacalne i nigdy nie dostaniecie swoich pieniędzy. Poprzez użycie słowa "niewypłacalne" unikam użycia słowa "oszukańcze".

    Ciekawostka – brałem raz udział w programie, gdzie minimum wynosiło 90 USD. Po roku zebrałem ok. 30 USD, w związku z czym postanowiłem zrezygnować z klikania tamże. W systemie była zaimplementowana gra hazardowa – rzut kostką, gdzie obstawiało się wynik parzysty lub nieparzysty. Wygrana wynosiła 2x stawka (stawka była dowolna), przegrana – wiadomo, strata stawki.
    Postanowiłem zagrać, choć pełen byłem przeczuć o nieuczciwości właściciela serwisu...
    I nie pomyliłem się – obstawiłem jakieś 30 rzutów kostką i wyobraźcie sobie, że ani razu nie trafiłem! Ani razu nie trafiłem typując parzyste-nie parzyste! Po jakichś 10 rzutach wiedziałem, że to przekręt, no ale by mieć pewność, postanowiłem typować do końca wyłącznie jeden wynik: parzyste.
    Nie wypadło ani razu w ciągu następnych 20 losowań...
    W ten sposób poszło w kosmos 30 USD, no ale od samego początku były to pieniądze czysto wirtualne i nie do wyciągnięcia z systemu, więc przynajmniej zabawiłem się i zdemaskowałem oszustów dając później cynk na forum PTC Boycott.

  5. Wypłata pieniędzy.
    No, załóżmy, że udało ci się zebrać minimum do wypłaty. Że system nie znikł nagle w międzyczasie z Internetu, że nie musiałeś klikać 5 lat, lecz zaledwie 1 – 3 miesiące.
    Wiem, mało zarobiłeś i więcej nie będziesz klikać, no ale skoro się zebrało, no to trzeba wypłacić.
    I tutaj mała niespodzianka – to ty pokrywasz wszystkie koszty! Ty pokrywasz koszt przelewu krajowego, ty pokrywasz wysłania czeku lub nadania i przewalutowania przelewu międzynarodowego. W efekcie z zarobionych 5 – 10 USD robi się kilka centów lub wręcz będziesz musiał dopłacić do interesu...
    Dlatego czeki i przekazy nie wchodzą w rachubę.
    Najlepiej posiadać konto w systemie PayPal lub e-Gold – one są najczęściej wykorzystywane w systemach PTC. No ale i tutaj trzeba mieć na uwadze, że obie te instytucje naliczają sobie prowizje, więc twój dochód jest znowu pomniejszany.
    Nie wiem jak dziś, ale kiedyś w e-Gold za bardzo nie opłacało się robić przelewów międzynarodowych – prowizja była tak duża, że z wypłaconych mi 30 USD za uczestnictwo w jakimś programie, na konto w Polsce wpłynęłyby 2 USD na czysto... Dlatego przelałem całą kwotę (minus drobne prowizje) na konto jakiegoś bukmachera w Rosji akceptującego e-Gold i przegrałem wszystko w zakładach świetnie się przy tym bawiąc przez miesiąc :-)
    Co do PayPal – mam mieszane odczucia. Prowizje są tam stosunkowo wysokie, jakkolwiek właśnie z tego konta (z zarobków na ankietach) opłaciłem w dużej części hosting www.mielecin.pl :-)
    Z dwojga złego polecam PayPal.

I teraz przykład praktyczny uczestnictwa w ponoć najlepszym programie PTC w Polsce. Nie podaję nazwy i adresu, by nie naganiać cwaniakom frajerów.

Otóż w programie tym zarejestrowałem się 15. marca 2010 roku. Minimum do wypłaty – 30 zł. Na dobry początek dostaję bonus – 1,50 zł.

Reklam mało – kilka dziennie o wartości 1 gr, mimo że to prestiżowy, najlepszy program w Polsce. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek było ich więcej, niż 8 na dobę...

Przeważnie 4 sztuki plus jedna reklama specjalna – ujemna. To zabezpieczenie przed automatami i olewającymi sprawę członkami – kliknięcie w ujemną reklamę skutkuje odjęciem 1 gr z konta, a po 3 klinięciach w ciągu jakiegoś tam czasu zawieszeniem konta.

No nic, klikam sobie regularnie. Mija marzec, kwiecień, maj....sierpień i w końcu wrzesień. Wówczas przestaję klikać, bo po prostu odechciewa mi się.

W ciągu pół roku, czyli 6 miesięcy, na moim koncie zebrało się 8,50 zł, w tym bonus za zapisanie się do programu – 1,5 zł. A zatem za miesiąc codziennych odwiedzin strony i regularne klikanie we wszystkie reklamy zarabiałem 1,16 zł.

Statystycznie rzecz ujmując regulaminowe minimum w wysokości 30 zł osiągnąć mogę po niespełna 2 latach i 2 miesiącach uczestnictwa w programie.

To się właśnie nazywa ZARABIANIE NA OGLĄDANIU REKLAM w Internecie.

Dlaczego właścicieli takich serwisów uważam za oszustów?

1. W 90% przypadków to są po prostu oszuści – ich systemy funkcjonują przez maksymalnie rok, po czym znikają. W tym czasie inkasują pieniądze od zleceniodawców, nigdy nikomu nic nie wypłacają i na koniec idą w siną dal.

A wszystko to zgodnie z prawem i wszelkimi regulaminami – w ciągu roku nikt nie jest w stanie zażądać wypłaty nie uzbierawszy minimum, z kolei zleceniodawcy są zadowoleni z wykonania zamówionej usługi (liczby wejść na ich witryny). Uczestnicy tych programów z kolei nie będą biegać na Policję czy to prokuratury z powodu kilku dosłownie złotych. Wszystko ładnie i pięknie, i legalnie.

2. Minima do wypłat są tak określone, aby przeciętny „klikacz” (bez potężnie rozbudowanej siatki poleconych) musiał poświęcić co najmniej 1 rok (optymalnie 2 – 3 lata) na zebranie kwoty minimum do wypłaty.

Taki przeciętny „klikacz” po prostu nie ma wystarczającej cierpliwości – zarabiając kilka zł przez kilka miesięcy po prostu kasuje konto lub przestaje się logować i konto samoczynnie ulega kasacji. Właściciel serwisu zarabia na nim, a „klikacz” traci wszystko. Niewiele jeżeli spojrzy się na jednostkę, ale przemnóżmy to przez kilka tysięcy... W moim jednostkowym przypadku jest to 7 zł. Mnożąc to przez 10’000 uczestników programu otrzymujemy prawdziwą skalę przekrętu... A ilu faktycznie jest „klikaczy”, tego nigdy nie wiadomo...

 


 

PŁATNE SONDAŻE – są to ankiety, za udział w których płaci się ankietowanemu albo gotówką (dopisywaną do konta w programie) albo punktami, które może zamienić na produkty bądź usługi (w wyjątkowych i rzadkich przypadkach na gotówkę).

Podobnie, jak w przypadku wyżej opisanym, i tutaj obowiązują regulaminowe minima wypłat, trudne do osiągnięcia w zadowalającym czasie (w opisanym poniżej przykładzie było to 20 zł, zdobyte po ok. 2 miesiącach), jednakże w tym przypadku nie ze względu na brak siatki poleconych, ale na specyficzne wymagania dotyczące udziału w poszczególnych ankietach.

Zarejestrowałem się na próbę w kilku serwisach płacących za wypełnianie ankiet, zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

W przypadku zagranicznych przez ok. 2 miesiące nie znalazła się żadna ankieta do wypełnienia, choć podczas rejestracji podawałem dane nie do końca zgodne z prawdą, za to jak najbliższe typowemu konsumentowi. Po tym czasie usunąłem konta, ponieważ szkoda mi było czasu na codzienne przekonywanie się o braku ankiet.

W przypadku polskich serwisów - za wyjątkiem jednego - sytuacja identyczna z wyżej opisaną.

W tym jednym wyjątkowym serwisie już w pierwszym tygodniu od rejestracji i uzupełnienia profilu znalazło się dla mnie kilka ankiet w cenie od 50gr do 10 zł sztuka. Przez około 3 miesiące uczestnictwa w programie przeciętnie pojawiały się 4 ankiety tygodniowo za przeciętną cenę 1,80 zł.

Niestety, wypełnianie ich (zaliczanie) było nadspodziewanie trudne!

Po pierwsze: ankiety, na wypełnienie których organizator przewidywał 10 – 15 minut, wypełniało się w rzeczywistości od 1 do 1,5 godziny. Tak dużo było pytań. Pytania były wręcz chorobliwie szczegółowe.

Przykład: Jakie karty kredytowe Pan posiada? Proszę wybrać z listy.
Zaznaczam Visę.
Pytanie. Zaznaczył Pan Visę. Czy posiadał Pan kiedykolwiek inną kartę?
Zaznaczam, że nie.
Pytanie: Dlaczego nie posiadał Pan nigdy karty kredytowej MasterCard, DinnersClub, AmericanExpres... itd. Proszę przy każdej opisać powdy.
No to opisuję...
Pytanie: Dlaczego zdecydował się Pan na kartę Visa?
Odpowiadam dlaczego...
Pytanie: Czy uważa Pan, że karta Visa jest najlepsza? Jeżeli tak, proszę opisać dlaczego.
Opisuję.
Pytanie: Uważa Pan, że Visa jest najlepsza. A gdyby miał Pan do wyboru Visa, MasterCard, DinnersClub, AmericanExpress, to którą by Pan wybrał?
Śmiech - pusty - ogarniał mnie odpowiadając na te pytania... Jeden temat wałkowany był dziesiątkami pytań, niemalże identycznych w wymowie. Stąd właśnie wynikała długość ankiet - jedna satysfakcjonująca zleceniodawcę ankiety odpowiedź generowała przynajmniej 5 dodatkowych pytań.

Po drugie: z ankiety można było odpaść w każdej chwili – nawet pod sam koniec - z różnych powodów.

Generalnie udawało się zaliczyć do końca i zarobić przeciętnie zaledwie na 1 ankiecie z 10 dostępnych. W ten sposób zebrałem niemal 30 zł przez 3 miesiące. Nie jest to szczególnie imponująca kwota, ale pozwoliła mi na częściowe pokrycie kosztów hostingu www.mielecin.pl. W każdym razie hasło „zarabiaj przez Internet” kolejny raz okazuje się być tylko mitem – w ten sposób zarabia tylko organizator systemu, a nie ty, przeciętny, szukający dodatkowego dochodu internauta.

Wróćmy do trudności w wypełnianiu ankiet.

Generalnie średnio przez 5 dni z rzędu po prostu widzisz taki komunikat w rodzaju: „Obecnie nie mamy dla Ciebie dostępnych ankiet. Zaktualizuj swoje profile i sprawdź później, czy są następne ankiety do wypełnienia”. Widzisz to, mimo że wszystkie profile masz zaktualizowane, a jeden jedyny nie uzupełniony jest tylko dlatego, że w systemie jest jakiś błąd i uzupełnić się go nie da...

Oho i jest w końcu ankieta dla ciebie. Ale nie ma lekko...
Pół biedy kiedy przed wygenerowaniem pierwszego formularza ujrzysz komunikat: „Przepraszamy, ale osiągnęliśmy już limit kwotowy”. Wtedy po prostu nie tracisz już czasu (ok. 20% ankiet). Choć dziwić może czasem wyczerpanie limitu już po godzinie od pojawienia się ankiety w serwisie, podczas gdy inne niekiedy wiszą w nim cały tydzień czekając aż się zalogujesz, i to takie za 2 zł...

Również pół biedy kiedy ujrzysz (w ok. 20% ankiet): „Liczba uczestników tej ankiety przekroczyła już maksymalną liczbę z Pańskiej grupy ankietowanych. Prosimy się jednak nie martwić. W chwili obecnej istnieje możliwość wypełnienia innych ankiet. Prosimy kliknąć poniżej na "Przejdź do kolejnej ankiety" i sprawdzić, czy są tam dostępne nowe badania ankietowe. Bardzo cenimy sobie Pański udział w naszych ankietach”. Nie jest źle, można jeszcze dziś coś zarobić. Zobaczmy ile...

W końcu rozpoczynasz wypełnianie ankiety. Po wyświetleniu 1 – 2 stron pytań wstępnych możesz ujrzeć komunikat: „Dziękujemy za udział w ankiecie. Niestety nie zakwalifikowałeś się do tej ankiety z uwagi na specyficzne wymagania”. Nie jest tragicznie, tu również oszczędzasz czas (ok. 20% ankiet).

Znacznie bardziej denerwujący jest komunikat: „Przepraszamy, ale nie zakwalifikowałeś się do dalszej części ankiety”. Pojawia się najczęściej po godzinie odpowiadania na niemal identyczne pytania, gdy 95% formularzy masz już z głowy... To przykład doskonale zmarnowanego czasu. I oszustwo w pewnym stopniu. Ankieta w zasadzie jest w całości wypełniona, pozostałe <5%  to mogą być strony z podziękowaniami i komunikatami potwierdzającymi zakończenie badania - te również wliczane są do objętości ankiety. Czyli organizator otrzymuje pełne wyniki i zachowuje pieniądze dla siebie. Komunikat taki ujrzeć można mniej więcej w 30% ankiet.

W pozostałych 10% ankiet pojawia się komunikat: „Gratulacje! Wypełnianie ankiety powiodło się. Nagroda zostanie umieszczona na Twoim koncie po zakończeniu projektu. Dziękujemy za poświęcenie czasu na podzielenie się przemyśleniami i opiniami”.

To jest to, co bezrobotni i biedni internauci najbardziej sobie cenią. Szkoda tylko, że tak rzadko mogą owe cudo ujrzeć.

Addenum:
Niestety, właściciel tego jedynego w miarę uczciwie płacącego systemu uznał, że jego przedsięwzięcie jest zbyt mało dochodowe (dla niego) i przekształcił stawki gotówkowe na punkty, które pozwalają na zakup bzdurnych gadżetów i usług zazwyczaj niemożliwych do zrealizowania w Polsce (dostępne są tylko dla mieszkańców Europy Zachodniej i USA), względnie na uzyskanie rabatu na nie. Dlatego zarabianie i tutaj – choć było tylko potwierdzonym mitem – w końcu stało praktycznie niemożliwe, a wypełnianie płatnych sondaży stratą czasu.

 


 

 

Jak widać na powyższych przykładach zarabianie w Internecie jest możliwe jedynie pod warunkiem samodzielnego zorganizowania systemu chałupniczego, reklamowego czy sondażowego. Jako zwykły uczestnik programu nie zarobisz nic (90% organizatorów to zwykli oszuści, którzy znikają jak kamfora maksymalnie po roku działalności) lub na tyle mało, że zdegustowany w końcu przekonujesz się na własnej skórze jak wiele tracisz czasu na poznawanie mitów współczesnego Internetu.

 

 


 

 

Na koniec ciekawy przypadek – szkolenie z marketingu, po ukończeniu którego można podobno zarabiać nawet 500 € dziennie. Obecnie system ten i jemu podobne jest silnie promowany przez serwisy zajmujące się indeksowaniem ogłoszeń rekrutacyjnych.

Już od samego początku brzmi to niewiarygodnie, więc trzeba powiedzieć jasno i bez lania wody na czym to polega.

Zapisując się na szkolenie poprzez e-mail płacisz za każdą lekcję. Stawki są różne, przeważnie 10 – 50 zł za jedną, zaś lekcji jest od 1 do 2 w miesiącu, a okres szkolenia trwa zwykle 6 mies. do 1 roku. Na twój mail przychodzą różne, mniej lub bardziej interesujące materiały, zwykle mające status FreeWare i PublicDomain (czyli generalnie darmowe i dostępne bezpłatnie na różnych licencjach), względnie pojawiają się tylko w serwisie – oczywiście dopiero po opłaceniu dostępu.

Kiedy już wydasz 300 – 500 zł na elektroniczną darmochę, kończysz szkolenie i możesz zacząć zarabiać.

Jak?

Organizując identyczne szkolenia.

W ostatniej lekcji dowiadujesz się, że żeby zarabiać po tym szkoleniu musisz założyć stronę www, dać ogłoszenia i czekać aż znajdą się naiwniacy, którzy dadzą ci 10 – 50 zł za przesłanie na e-mail materiałów, za które zapłaciłeś podczas twojego szkolenia.

Tylko uważaj zakładając stronę – nie możesz tam podać swoich prawdziwych danych teleadresowych, ponieważ kiedyś ktoś barczysty i zdenerwowany płaceniem za bezwartościowe lekcje może zechcieć ciebie odwiedzić celem równego ułożenia twoich zębów na talerzyku w przedpokoju...

I tak to działa.

 


 

Mam nadzieję, że przybliżyłem ci trochę te mechanizmy, które powodują, że ktoś na tobie zarabia, a ty się łudzisz przez cały czas. Dzięki tym mechanizmom stajesz się ofiarą oszustw, w przypadku których nie masz praktycznej możliwości dochodzenia żadnych roszczeń, a jakiekolwiek domyślnie się pojawiające są jawnie anulowane w umowie, którą musisz zaakceptować przed podjęciem się zarabiania...

Zarabianie w Internecie to – wbrew pozorom – ciężka i kiepsko płatna robota... No chyba, że nakręcisz bardzo ciekawy film, przystąpisz do programu partnerskiego firmy Google i opublikujesz go w serwisie YT. Ale to już zupełnie inna historia...

 


© www.mielecin.pl, 2011

 

CHAŁUPNICTWO – są to drobne prace wykonywane w domu z materiałów zamówionych zwykle poprzez Internet od firmy, która pracę taką oferuje. Aby zajmować się chałupnictwem w zasadzie wystarczy posiadać nie więcej, niż jedną lewą rękę i trochę wolnego czasu.

 

W praktyce nie jest tak różowo. Niestety, na łatwowierności biedaków (no bo przecież dobrze zarabiający człowiek nie myśli o chałupnictwie) kabzę nabijają sobie różne szemrane typy spod niezbyt jasnej gwiazdy, a biedak pozostawiony jest sam sobie z jeszcze większymi długami i towarem, na który już patrzeć nie może...

W całym kraju działa może kilka firm, które dają faktycznie zarobić i rzeczywiście działają tak, jak sobie to przeciętny ubogi Kowalski wyobraża. Czyli płacą za pracę (umowa zlecenie lub o dzieło), dostarczają i odbierają towar, organizują zdalne szkolenia. Zapewne da się je policzyć na palcach jednej ręki. Ja sam nie znalazłem takowej, bo gdybym znalazł, nie musiałbym przez kilka ładnych dni w miesiącu – przed wypłatą – siedzieć wieczorami o suchym pysku ;-)

 

Na czym polega przekręt?

ETAP 1: Zleceniodawca najpierw ogłasza się. W prasie, w Internecie, w Telegazecie, na tablicy ogłoszeniowej – gdziekolwiek. Oferuje najczęściej takie prace, jak składanie długopisów, składanie kopert, regenerację głowic atramentowych i kartridży (do drukarek igłowych i laserowych), wprasowywanie obrazków na koperty itp.

Prace te są dość proste do wykonania, ale zanim otrzymasz pierwsze zlecenie, zwłaszcza w przypadku regeneracji materiałów eksploatacyjnych do drukarek, musisz otrzymać instrukcję poprawnego wykonania zadania.

To co, wybierasz składanie długopisów? No dobra, skoro nie chcesz się brudzić tuszem, to OK.

 

ETAP 2: Zleceniodawca musi ciebie przeszkolić, tj. wysłać ci instrukcję. Tutaj już dość często (choć nie zawsze) pojawia się pierwsze wyłudzenie pieniędzy – za przysłanie instrukcji zleceniodawca pobiera opłatę! Tak robią chyba najbardziej zdesperowani oszuści liczący na najmniejszy grosz – wszak trzeba frajera naciągnąć od razu, bo jeszcze się rozmyśli i będzie „po ptokach”...

Kwoty są różne, od 20 do nawet 80 zł za kilka niedokładnie skserowanych kartek, słabo czytelnych nie tylko z powodu kopii z kopii wykonanej na końcówce tonera, lecz również z powodu koślawego języka pełnego błędów ortograficznych i literówek.

I jak, dasz radę skręcać długopisy zgodnie z instrukcją, za którą zapłaciłeś? No to teraz musisz tylko skontaktować się ze zleceniodawcą i zamówić półprodukty. Oraz przesłać dane do umowy zlecenia.

 

ETAP 3: Zamawiasz półprodukty. Myślisz, że to takie proste? Niestety – nie. Za półprodukty też musisz zapłacić, w przeciwnym wypadku nikt ci niczego nie da. Czasem niektóre firmy nazywają to kaucją, czyli zabezpieczeniem podlegającym zwrotowi.

Opłata dokonana musi być z góry przelewem na konto, sporadycznie zdarza się, że oszust oferuje możliwość zapłacenia listonoszowi przy odbiorze przesyłki. Opłata tu już jest wielokrotnie wyższa, niż w przypadku instrukcji. Np. za 1000 długopisów od 50 zł wzwyż, za pakiet do regeneracji głowic nawet 350 zł. Podaję ceny, z którymi gdzieś kiedyś się spotkałem – ty szukając gdzie indziej możesz znaleźć inny cennik. Ale nie przejmuj się, oszust i tak nic nie straci, nawet jeżeli podałem wartości dwukrotnie zawyżone.

 

ETAP 4: Wykonanie zlecenia, tj. pierwsze rozczarowanie. Uff, 1000 rurek dolnych, 1000 rurek górnych, 1000 pierścieni, 1000 wkładów, 1000 sprężynek, 1000 zatyczek, 1000 zaczepów, 1000 przycisków, 1000 przekładni w końcu zmontowane. Nie wiedziałeś, że to tyle czasu zajmuje, co nie? Nie były to Venusy z Astry, ale jakieś chińskie zenitopodobne podróbki... W końcu zapłaciłeś 200 zł za dostawę, więc nie mogło to być jednorazowe byle co.

No i co dalej? A no właśnie...

Masz teraz do sprzedania 1000 badziewnych chińskich długopisów, z których co trzeci nie pisze... No dobra – pal licho jakość, ale kto tyle kupi? Jakiś kiosk? Jakaś firma do biura? Nie, kiosk odpada, bo ma swoich własnych dostawców. Jakaś firma – no może, ale pod warunkiem, że wystawisz fakturę.

No bo nie odkupi od ciebie tych długopisów oszust, który ci je przysłał. Nie taka była umowa. Przyjrzyj się jej dobrze – oszust tylko zobowiązuje się w niej do dostarczenia półproduktu w takiej to a takiej cenie. I nic ponadto.

I tak to działa. Nie masz prawa żądać zwrotu pieniędzy od oszusta, bo towar otrzymałeś i przerobiłeś. Co innego gdybyś w ogóle paczki nie otworzył. Nie masz prawa odesłać mu tych długopisów, bo on tego towaru nie zamawiał ani nie zobowiązał się nigdzie do odbioru. Po prostu – sam sobie sprzedawaj te długopisy, głowice, koperty... Przecież jest Allegro, nie? Tylko że kiedy rzucisz okiem na ceny u konkurencji, to dowiesz się, że poniesiesz co najmniej 25% straty, o zarobku nie wspominając...

 

ETAP 5: Ostateczne rozczarowanie. Następuje zwykle kiedy nie poddajesz się po pierwszym i zasięgasz porady prawnej czy w inny sposób próbujesz odzyskać stracone pieniądze. Niestety, ale nic nie odzyskasz. Nawet kaucja przepada, bo jej zwrot zwykle obwarowany jest trudnymi do spełnienia warunkami, np. zamówienie półproduktów na kwotę powiedzmy 1000 zł w ciągu 2 tygodni. To wszystko jest w umowie, którą dostałeś. Ale że nie czytałeś jej dokładnie podekscytowany czekającym ciebie wkrótce bogactwem, to tylko twój błąd.

Przyjrzyj się jej – jeżeli w ogóle jest. Bo czasem możesz być po prostu ściemniony na początku współpracy, że np. księgowa przychodzi do firmy raz w miesiącu i umowa będzie sporządzona dopiero za 3 tygodnie.

Jeżeli masz umowę, to co w niej jest? Zlecenie wykonania takiej to a takiej pracy, zobowiązujesz się do zakupu towaru w takiej to a takiej ilości za taką to a taką kwotę, a wysokość twojego zarobku to prowizja ze sprzedaży wstępnie określona na ileśtam procent. Tak, to twoja marża, i możesz ten procent dowolnie sobie regulować. Tylko że to jest tak ładnie ubrane w słowa i cyferki, że na pierwszy rzut oka nic nie wzbudza twoich podejrzeń.

 

To pierwszy przykład legalnego naciągania ludzi.

 

A teraz przykład drugi.

 

ZARABIANIE NA OGLĄDANIU REKLAM – dość popularna forma spędzania wolnego czasu przed komputerem - bo z zarabianiem ma akurat tyle wspólnego, że na wirtualnym koncie przybywa wirtualnych groszy, centów czy punktów, które zamienić można potem na usługi zwykle w Polsce niedostępne.

Zarabianie na reklamie ma kilka wariantów, z których najpopularniejsze to PTC (Paid to Click) – klikanie w linki i bannery, często w połączeniu z mailingiem reklamowym, w którym są powielone reklamy z systemu, bądź rozsyłane te przeznaczone do klikania tylko z e-maila.

 

Kto tu zarabia? Właściciel serwisu. Tego i współpracujących/konkurencyjnych. I nikt poza nimi. Opowiem pokrótce jak to działa, a następnie zilustruję autentycznym przypadkiem.

  1. Zlecenie reklamy.
    Właściciel serwisu otrzymuje pieniądze od reklamodawcy, którym jest zazwyczaj właściciel podobnego serwisu. Bardzo rzadko reklamę zlecają normalne firmy produkcyjno-usługowe czy właściciele serwisów www próbujących się wypromować – prawdę mówiąc są to wyjątki. Reklamodawca określa ile chce mieć wejść (kliknięć) i na tej podstawie właściciel serwisu PTC kasuje zelceniodawcę na określoną kwotę, z której część (często większą) przeznacza do „wyklikania” przez zarejestrowanych użytkowników programu.
  2. Opublikowanie reklamy.
    Reklama w postaci bannera (najczęściej) lub linku (rzadziej) pojawia się na stronie systemu w dziale przeznaczonym do klikania.
    Aby stać się uczestnikiem systemu i widzieć płatne reklamy należy zarejestrować się na stronie podając swój e-mail, nr konta bankowego czy PayPal (najczęściej niepotrzebnie), inne dane osobowe, a na koniec zaakceptować regulamin. UWAGA: to właśnie w regulaminie jest haczyk, na który należy zwrócić szczególną uwagę. Ale o nim będzie dalej.
    Dodam jeszcze, że systemy te oferuję budowanie wielopoziomowych piramid pracujących na zarobek osoby na wyższym poziomie. Jeżeli z twojego linku referencyjnego zarejestruje się ktoś, kto będzie aktywnie klikał, z jego linku następna osoba, a z jej kolejna, powstaje piramida zarobków (tzw. sieć poleconych). Od każdego płatnego kliknięcia osoby zarejestrowanej z twojego linku dostajesz np. 20% kwoty, od osoby z jej linku 10%, a od osoby na 3-cim poziomie 5%. Im większa sieć poleconych tym zarobki osoby na szczycie są większe – przy czym żeby zbudować sieć umożliwiającą zarabianie co się zowie, trzeba być wyjątkowo łebską osobą. A taka osoba biedy nie klepie i w reklamy klikać nie musi...
    Aha – kilka dużych sieci może zrujnować cały system w kilka dni. Procenty są czysto wirtualne, nie są odciągane z niczyjego konta, lecz dopisywane do kont osób na wyższym poziomie. Mając na przykład 10 osób poleconych, które mają po 10 osób poleconych, a te z kolei też po 10 osób tworzy się sieć o wielkości 1111 osób. Osoba na szczycie z jednej reklamy wartej 1 grosz może zarobić teoretycznie 63 gr. Każda osoba na każdym kolejnym poziomie zarobi swojego grosza i swoje odsetki. W ten sposób właściciel systemu na klikanie w 1 reklamę wartą 1 gr będzie musiał wydać łącznie 14,93 zł (niech mnie ktoś poprawi jeżeli się mylę). Dlatego w serwisach tego typu istnieją przede wszystkim ograniczenia co do ilości kliknięć w jedną reklamę – po przykładowo 500 kliknięciach reklama znika ze strony.
    Osoby będące na szczycie porządnie rozbudowanych piramid mogą rzeczywiście zarabiać wyraźne pieniądze. Mimo to jednak nie są to kwoty pozwalające na utrzymanie się, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że 90% systemów reklamowych to zwykli oszuści.
  3. Klikanie w reklamy.
    Po kilknięciu otwiera się nowe okno (lub zakładka) – u góry widzisz ramkę z paskiem postępu, pod nią witrynę reklamodawcy.
    A co to za ramka? Ano, nikt nie płaci za samo klikanie – żeby twój grosik/cencik/punkcik został dopisany do konta, musisz spędzić na stronie reklamodawcy określoną ilość czasu. 20, 30, 40 sekund, czasem minutę, zdarza się też, że musisz coś na tej stronie zrobić, np. przejść na 2 podstrony, by twój zarobek został dopisany do konta. Odliczanie i sprawdzanie przejścia na podstrony odbywa się właśnie w tej ramce.
    Na szczęście w większości wypadków można sobie pootwierać tyle reklam naraz, na ile pamięci w komputerze wystarczy, a potem hurtem wszystkie zamknąć nawet na nie nie patrząc. Takie działanie jest oczywiście niezgodne z regulaminem każdego systemu ;-) W swojej praktyce spotkałem się tylko z jednym systemem, w którym kliknięcie wielu reklam naraz nie było możliwe. Nie, nie w Polsce, a w USA. W dodatku był to jeden z niewielu uczciwych serwisów i faktycznie wypłacił mi moje „ciężko zarobione” 30 USD.
  4. Sprawdzanie ile brakuje do wypłaty...
    Brzmi zagadkowo?
    Tutaj opiszę na co zwracać trzeba uwagę podczas rejestracji w systemie, na ten jeden szczególny zapis regulamu w każdym z nich, który determinuje ich być albo nie być i powoduje, że pieniądze zarobione przez uczciwych „klikaczy” w 99,99% przechodzą na własność właściciela serwisu, czyli przepadają...
    Mianowicie każdy, ale to każdy system tego rodzaju, nie ważne czy uczciwie wypłacający pieniądze czy będący oszustwem od początku do końca, posiada zapis w regulaminie, który określa MINIMUM kwoty do wypłaty.
    Innymi słowy dopóki nie uzbierasz minimum, dopóty nie masz prawa żądać wypłaty.
    W przytłaczającej większości wypadków minima wynoszą tyle, że musiałbyś klikać przez KILKA LAT codziennie w kilkanaście – kilkadziesiąt reklam.
    Przykład: zanim będziesz mógł ubiegać się o wypłatę gotówki, musisz uzbierać na koncie 100 USD. W serwisie pojawia się codziennie średnio 25 reklam wartych od 0,5 do 1 centa, średnio 0,75 centa. Dziennie możesz tak zarobić 18,75 centa. Zanim uzbierasz minimum, musisz klikać przez 533 dni. Blisko półtora roku.
    Jedyna możliwość wcześniejszego wykorzystania zgromadzonych pieniędzy to wykupienie własnej reklamy w ramach serwisu...
    Od razu uczulam – systemy o minimach wymagających klikania dłużej, niż 1 - 3 miesiące (przeciętnie) są zwykle niewypłacalne i nigdy nie dostaniecie swoich pieniędzy.
    Ciekawostka – brałem raz udział w programie, gdzie minimum wynosiło 100 USD. Po roku zebrałem ok. 30 USD, w związku z czym postanowiłem zrezygnować z klikania tamże. Ale w systemie była zaimplementowana gra hazardowa – rzut kostką, gdzie obstawiało się wynik parzysty lub nieparzysty. Wygrana wynosiła 2x stawka (stawka była dowolna), przegrana – wiadomo, strata stawki.
    Postanowiłem zagrać, choć pełen byłem przeczuć o nieuczciwości właściciela serwisu...
    I nie pomyliłem się – obstawiłem jakieś 30 rzutów kostką i wyobraźcie sobie, że ani razu nie trafiłem! Ani razu nie trafiłem typując parzyste-nie parzyste! Po jakichś 10 rzutach wiedziałem, że to przekręt, no ale by mieć pewność, postanowiłem typować do końca wyłącznie jeden wynik: parzyste.
    Nie wypadło ani razu w ciągu następnych 20 losowań...
    W ten sposób poszło w kosmos 30 USD, no ale od samego początku były to pieniądze czysto wirtualne i nie do wyciągnięcia z systemu, więc przynajmniej zabawiłem się i zdemaskowałem oszustów dając później cynk na forum PTC Boycott.
  5. Wypłata pieniędzy.
    No, załóżmy, że udało ci się zebrać minimum do wypłaty. Że system nie znikł nagle w międzyczasie z Internetu, że nie musiałeś klikać 5 lat, lecz zaledwie 1 – 3 miesiące.
    Wiem, mało zarobiłeś i więcej nie będziesz klikać, no ale skoro się zebrało, no to trzeba wypłacić.
    I tutaj mała niespodzianka – to ty pokrywasz wszystkie koszty! Ty pokrywasz koszt przelewu krajowego, ty pokrywasz wysłania czeku lub nadania i przewalutowania przelewu międzynarodowego. W efekcie z zarobionych 5 – 10 USD robi się kilka centów lub wręcz będziesz musiał dopłacić do interesu...
    Dlatego czeki i przekazy nie wchodzą w rachubę.
    Najlepiej posiadać konto w systemie PayPal lub e-Gold – one są najczęściej wykorzystywane w systemach PTC. No ale i tutaj trzeba mieć na uwadze, że obie te instytucje naliczają sobie prowizje, więc twój dochód jest znowu pomniejszany.
    Nie wiem jak dziś, ale kiedyś w e-Gold za bardzo nie opłacało się robić przelewów –prowizja była tak duża, że z wypłaconych mi 30 USD za uczestnictwo w jakimś programie, na konto w Polsce wpłynęłyby 2 USD na czysto... Dlatego przelałem całą kwotę (minus prowizje, oczywiście) na konto jakiegoś bukmachera w Rosji akceptującego e-Gold i przegrałem wszystko w zakładach świetnie się przy tym bawiąc przez miesiąc :-)
    Co do PayPal – mam mieszane odczucia. Prowizje są tam stosunkowo wysokie, jakkolwiek właśnie z tego konta (z zarobków na ankietach) opłaciłem hosting www.mielecin.pl :-)
    Z dwojga złego polecam PayPal.

 

I teraz przykład praktyczny uczestnictwa w ponoć najlepszym programie PTC w Polsce. Nie podaję nazwy i adresu, by nie naganiać cwaniakom frajerów.

 

Otóż w programie tym zarejestrowałem się 15. marca 2010 roku. Minimum do wypłaty – 30 zł. Na dobry początek dostaję bonus – 1,50 zł.

Reklam mało – kilka dziennie o wartości 1 gr, mimo że to prestiżowy, najlepszy program w Polsce. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek było ich więcej, niż 10 na dobę...

Przeważnie 4 sztuki plus jedna reklama specjalna – ujemna. To zabezpieczenie przed automatami i olewającymi sprawę członkami – kliknięcie w ujemną reklamę skutkuje odjęciem 1 gr z konta, a po 3 klinięciach w ciągu jakiegoś tam czasu zawieszeniem konta.

 

No nic, klikam sobie regularnie. Mija marzec, kwiecień, maj....sierpień i w końcu wrzesień. Wówczas przestaję klikać, bo po prostu odechciewa mi się.

W ciągu pół roku, czyli 6 miesięcy, na moim koncie zebrało się 8,50 zł, w tym bonus za zapisanie się do programu – 1,5 zł. A zatem za miesiąc codziennych odwiedzin strony i regularne klikanie we wszystkie reklamy zarabiałem 1,16 zł.

Statystycznie rzecz ujmując regulaminowe minimum w wysokości 30 zł osiągnąć mogę po niespełna 2 latach i 2 miesiącach uczestnictwa w programie.

To się właśnie nazywa ZARABIANIE NA OGLĄDANIU REKLAM w Internecie.

 

A dlaczego właścicieli takich serwisów uważam za oszustów?

 

1. W 90% przypadków to są po prostu oszuści – ich systemy funkcjonują przez maksymalnie rok, po czym znikają. W tym czasie inkasują pieniądze od zleceniodawców, nigdy nikomu nic nie wypłacają i na koniec idą w siną dal.

A wszystko to zgodnie z prawem i wszelkimi regulaminami – w ciągu roku nikt nie jest w stanie zażądać wypłaty nie uzbierawszy minimum, z kolei zleceniodawcy są zadowoleni z wykonania zamówionej usługi (liczby wejść na ich witryny). Wszystko ładnie i pięknie, i legalnie.

 

2. Minima do wypłat są tak określone, aby przeciętny „klikacz” (bez potężnie rozbudowanej siatki poleconych) musiał poświęcić co najmniej 1 rok (optymalnie 2 – 3 lata) na zebranie kwoty minimum do wypłaty.

Taki przeciętny „klikacz” po prostu nie ma wystarczającej cierpliwości – zarabiając kilka zł przez kilka miesięcy po prostu kasuje konto lub przestaje się logować i konto samoczynnie ulega kasacji. Właściciel serwisu zarabia na nim, a „klikacz” traci wszystko. Niewiele jeżeli spojrzy się na jednostkę, ale przemnóżmy to przez kilka tysięcy... W moim przykładzie jest to 7 zł. Mnożąc to przez 10’000 uczestników programu otrzymujemy prawdziwą skalę przekrętu... A ilu faktycznie jest „klikaczy”, tego nigdy nie wiadomo...

 

 

PŁATNE SONDAŻE – są to ankiety, za udział w których płaci się ankietowanemu albo gotówką (dopisywaną do konta) albo punktami, które może zamienić na produkty bądź usługi (w wyjątkowych i rzadkich przypadkach na gotówkę).

 

Podobnie, jak w przypadku wyżej opisanym, i tutaj obowiązują regulaminowe minima wypłat, trudne do osiągnięcia w zadowalającym czasie (w opisanym poniżej przypadku było to 20 zł, zdobyte po ok. 2 miesiącach), jednakże w tym przypadku nie ze względu na brak siatki poleconych, ale na specyficzne wymagania dotyczące udziału w poszczególnych ankietach.

 

Zarejestrowałem się na próbę w kilku serwisach płacących za wypełnianie ankiet, zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

W przypadku zagranicznych przez ok. 2 miesiące nie znalazła się żadna ankieta do wypełnienia, choć podczas rejestracji podawałem dane nie do końca zgodne z prawdą, za to jak najbliższe typowemu konsumentowi. Po tym czasie usunąłem konta, ponieważ szkoda mi było czasu na codzienne przekonywanie się o braku ankiet.

W przypadku polskich serwisów - za wyjątkiem jednego - sytuacja identyczna z wyżej opisaną.

 

W tym jednym wyjątkowym serwisie już w pierwszym tygodniu od rejestracji i uzupełnienia profilu znalazło się dla mnie kilka ankiet w cenie od 50gr do 10 zł sztuka. Przez około 3 miesiące uczestnictwa w programie przeciętnie pojawiały się 4 ankiety tygodniowo za przeciętną cenę 1,80 zł.

Niestety, wypełnianie ich (zaliczanie) było nadspodziewanie trudne!

Po pierwsze ankiety, na wypełnienie których organizator przewidywał 10 – 15 minut, wypełniało się w rzeczywistości od 1 do 1,5 godziny. Tak dużo było pytań.

Po drugie z ankiety można było odpaść w każdej chwili – nawet pod sam koniec - z różnych powodów.

Generalnie udawało się zaliczyć do końca i zarobić przeciętnie zaledwie na 1 ankiecie z 10 dostępnych. W ten sposób zebrałem niemal 30 zł przez 3 miesiące. Nie jest to szczególnie imponująca kwota, ale pozwoliła mi na częściowe pokrycie kosztów hostingu www.mielecin.pl. W każdym razie hasło „zarabiaj przez Intermnet” kolejny raz okazuje się być tylko mitem – w ten sposób zarabia tylko organizator systemu, a nie ty, przeciętny, szukający dodatkowego dochodu internauta.

 

Wróćmy do trudności w wypełnianiu ankiet.

Przede wszystkim średnio przez 5 dni z rzędu po prostu widzisz taki komunikat: „Obecnie nie mamy dla Ciebie dostępnych ankiet. Zaktualizuj swoje profile i sprawdź później, czy są następne ankiety do wypełnienia”. Widzisz to, mimo że wszystkie profile masz zaktualizowane, a jeden jedyny nie uzupełniony jest tylko dlatego, że w systemie jest jakiś błąd i uzupełnić się go nie da...

Pół biedy kiedy przed wygenerowaniem pierwszego formularza ujrzysz komunikat: „Przepraszamy, ale osiągnęliśmy już limit kwotowy”. Wtedy po prostu nie tracisz już czasu (ok. 20% ankiet). Choć dziwić może czasem wyczerpanie limitu już po godzinie od pojawienia się ankiety w serwisie, podczas gdy inne niekiedy wiszą w nim cały tydzień czekając aż się zalogujesz, i to takie za 2 zł...

Równie często możesz ujrzeć (ok. 20% ankiet): „Liczba uczestników tej ankiety przekroczyła już maksymalną liczbę z Pańskiej grupy ankietowanych. Prosimy się jednak nie martwić. W chwili obecnej istnieje możliwość wypełnienia innych ankiet. Prosimy kliknąć poniżej na "Przejdź do kolejnej ankiety" i sprawdzić, czy są tam dostępne nowe badania ankietowe.

Bardzo cenimy sobie Pański udział w naszych ankietach”. Nie jest źle, można jeszcze dziś coś zarobić... Przechodzimy więc dalej.

Rozpoczynasz wypełnianie ankiety. Po wyświetleniu 1 – 2 stron pytań wstępnych możesz ujrzeć komunikat: „Dziękujemy za udział w ankiecie. Niestety nie zakwalifikowałeś się do tej ankiety z uwagi na specyficzne wymagania”. Nie jest tragicznie, tu również oszczędzasz czas (ok. 20% ankiet).

Znacznie bardziej denerwujący jest komunikat: „Przepraszamy, ale nie zakwalifikowałeś się do dalszej części ankiety”. Pojawia się najczęściej po godzinie odpowiadania na niemal identyczne pytania, gdy 95% formularzy masz już z głowy... To przykład doskonale zmarnowanego czasu. I oszustwo w pewnym stopniu. Ankieta w zasadzie jest w całości wypełniona, pozostałe <5% to mogą być strony z podziękowaniami i komunikatami potwierdzającymi zakończenie badania - te również wliczane są do objętości ankiety. Czyli organizator otrzymuje pełne wyniki i zachowuje pieniądze dla siebie. Komunikat taki ujrzeć można mniej więcej w 30% ankiet.

W pozostałych 10% ankiet pojawia się komunikat: „Gratulacje! Wypełnianie ankiety powiodło się. Nagroda zostanie umieszczona na Twoim koncie po zakończeniu projektu. Dziękujemy za poświęcenie czasu na podzielenie się przemyśleniami i opiniami”.

To jest to, co bezrobotni i biedni internauci najbardziej sobie cenią. Szkoda tylko, że tak rzadko można go ujrzeć.

 

Niestety, właściciel tego jedynego w miarę uczciwie płacącego systemu uznał, że jego przedsięwzięcie jest zbyt mało dochodowe (dla niego) i przekształcił stawki gotówkowe na punkty, które pozwalają na zakup bzdurnych gadżetów i usług zazwyczaj niemożliwych do zrealizowania w Polsce (dostępne są tylko dla mieszkańców Europy Zachodniej i USA), względnie na uzyskanie rabatu na nie. Dlatego zarabianie i tutaj – choć było tylko potwierdzonym mitem – w końcu stało praktycznie niemożliwe, a wypełnianie płatnych sondaży stratą czasu.

 

Jak widać na powyższych przykładach zarabianie w Internecie jest możliwe jedynie pod warunkiem samodzielnego zorganizowania systemu chałupniczego, reklamowego czy sondażowego. Jako zwykły uczestnik programu nie zarobisz nic (90% organizatorów to zwykli oszuści, którzy znikają jak kamfora maksymalnie po roku działalności) lub na tyle mało, że zdegustowany w końcu przekonujesz się na własnej skórze jak wiele tracisz czasu na poznawanie mitów współczesnego Internetu.

 

Na koniec ciekawy przypadek – szkolenie z marketingu, po ukończeniu którego można podobno zarabiać nawet 5000 € dziennie. Już od samego początku brzmi niewiarygodnie, więc trzeba powiedzieć jasno i bez lania wody na czym to polega.

Zapisując się na szkolenie poprzez e-mail płacisz za każdą lekcję. Stawki są różne, przeważnie 10 – 50 zł za jedną, zaś lekcji jest od 1 do 2 w miesiącu, a okres szkolenia trwa zwykle 6 mies. do roku. Na twój mail przychodzą różne materiały, względnie pojawiają się w serwisie – oczywiście dopiero po zapłaceniu.

Kiedy już wydasz 300 – 500 zł na elektroniczne śmieci, kończysz szkolenie i możesz zacząć zarabiać.

Jak?

Organizując identyczne szkolenia.

Zakładasz stronę www, dajesz ogłoszenia i czekasz aż znajdą się naiwniacy, którzy dadzą ci 10 – 50 zł za przesłanie na e-mail materiałów, za które zapłaciłeś podczas twojego szkolenia.

Tylko uważaj zakładając stronę – nie możesz tam podać swoich prawdziwych danych teleadresowych, ponieważ kiedyś ktoś barczysty i zdenerwowany płaceniem za bezwartościowe lekcje może zechcieć ciebie odwiedzić celem równego ułożenia twoich zębów na talerzyku w przedpokoju...

I tak to działa.

 

Mam nadzieję, że przybliżyłem ci trochę te mechanizmy, które powodują, że ktoś na tobie zarabia, a ty się łudzisz przez cały czas. Dzięki tym mechanizmom stajesz się ofiarą oszustw, w przypadku których nie masz praktycznej możliwości dochodzenia żadnych roszczeń, a jakiekolwiek domyślnie się pojawiające są jawnie anulowane w umowie, którą musisz zaakceptować przed przystąpieniem do programu.

 

Zarabianie w Internecie to – wbrew pozorom – ciężka robota...