Współczesna historia Zamku Tuczno - Addendum 2

15.02.2013. Szczecinek – wyrok Sądu Pracy

Jak wcześniej pisałem, sprawę tę Wojciech Z. przegrywa

Niestety, późniejsze oświadczenia adresowane do członków SARP każą zwątpić w ów fakt. Wojciech Z. na pytania architektów z SARP (a często wręcz nie pytany) kłamie tak, jak ma to w zwyczaju, bez zająknięcia – informuje z nieukrywaną pewnością siebie, że wygrywa po kolei wszystkie sprawy przeciwko Imperio, a na ten przykład przytacza sprawę pracowniczą… Pokazuje przy tym fragment wyroku – dostanie kasę od Imperio! Skoro sąd nakazuje spółce wypłacić jakieś pieniądze, to znaczy, że Z. wygrał!Czy na pewno tak samo rozumiemy pojęcie wygranej???

Z tego powodu przytaczam wyrok Sądu Pracy w Szczecinku w całości – niech członkowie SARP, którzy do tej pory wierzą w świątobliwość i prawdomówność Wojciecha Z. (i co za tym idzie, w tak zwane „fakty” lansowane mocno przez zaprzyjaźnionego z Z. prezesa SARP) zobaczą jak się sprawy mają w rzeczywistości.

Jedyne, o co proszę, to zwrócenie uwagi na ten fragment, w którym mowa o nakazie wypłaty ekwiwalentu za urlop, który to nigdy nie był kwestionowany przez Imperio Polska i spółka się z wnioskiem o jego wypłatę zgadzała od samego początku. Jednynym powodem nie wypłacenia Wojciechowi Z. ekwiwalentu tuż po rozwiązaniu umowy i zanim Z. zaprzyjaźnił się z SARP to zawiniony wyłącznie samego Z. brak możliwości ustalenia ilości należnych dniu urlopu, albowiem człowiek ten nigdy nie przedstawił wymaganej do obliczenia wymiaru należnego urlopu dokumentacji, choć był kilkakrotnie o to proszony przez księgową. Nie przedstawił także żadnych świadectw szkolnych (wliczanych do wymiaru urlopu), toteż formalnie (przypadkiem i w rzeczywistości) posiada zaledwie wykształcenie podstawowe.
I teraz - według Wojciecha Z. nakaz wypłaty ekwiwalentu, którego wysokość dopiero Sąd ustala, oznacza, że można chwalić się architektom i innym słuchaczom, że sprawa w całości jest wygrana, podobnie, jak wszystkie inne. A co z pozostałymi wnioskami? O zmianę trybu rozwiązania umowy o pracę lub przywrócenie do pracy, o odszkodowanie, wypłatę zaległego wynagrodzenia?

A na koniec najlepsze – Z. odwołuje się od tego wyroku!

Rusza cały proces od nowa, bowiem odwołanie jest jak najbardziej zasadne. Ktoś mu dobrze podpowiada – jak to zauważył jeden z szarych członków SARP spędzający latem 2013 roku urlop w Zamku - któryś z sędziów prowadzących sprawę zirytowany powtarzającą się nieobecnością Z. dokonuje przesłuchania świadków pod nieobecności powoda – narusza tym samym procedurę i daje podstawę do zaskarżenia późniejszego wyroku (oczywiście tylko w razie gdyby był niekorzystny dla Z.).
Tylko pytanie się nasuwa – skoro sprawa rzekomo jest wygrana, jak twierdzi się w SARP za sprawą fałszywych oświadczeń Wojciecha Z., to dlaczego odwołanie od wyroku tenże Wojciech Z. składa? Nie wspominając nawet o tym, że powołuje się przy tym nie na niesprawiedliwą ocenę sądu, lecz na uchybienia proceduralne.

Na przestrzeni roku 2013 i i na początku 2014 (w chwili redagowania tekstu w marcu 2014 sprawa nadal się toczy) odwołanie to powoduje wezwania kolejnych, nowych świadków, część z nich jedzie na rozprawę nie za bardzo wiedząc nawet dlaczego, bowiem są świadkami zaledwie jednej czy dwóch sytuacji sprzed 2 czy 3 lat! Niektórzy wspominają Sądowi, że takie czy inne zajście faktycznie miało miejsce, ale było to tak dawno temu że dziś nawet nie są pewni czy na pewno brał w nich udział Z. – nie pamiętają człowieka…
Wracając jednak do meritum - normalnie ludzie odwołują się w przypadku przegranych, niekorzystnych dla siebie wyroków. W tym jednak wypadku jedno dzieje się w Tucznie (lub Szczecinku), a w Warszawie mówi się co innego.

Drugim powodem publikacji wyroku w całości jest nieustanne oskarżanie mnie, że wszystkie fakty opisywane w tym pamiętniku wymyślam i zniesławiam w ten sposób Z. (oraz Mariusza Ś. - przy okazji opisywania innych zdarzeń). Zapraszam zatem do lektury moich… hmm… zaraz coś wymyślę…. O! Mam! Wymyślonych przed chwilą wymysłów!

Na podstawie późniejszych akcji z udziałem mecenas SARP mogę już teraz zasugerować podjęcie zdecydowanych działań mających na celu skierowanie do Sądu Pracy w Szczecinku wniosku o zaniechanie bezprawnych naruszeń dóbr osobistych Wojciecha Z. pod rygorem wytoczenia sądowi procesu o zniesławienie, albowiem to wszystko, co znalazło się w uzasadnieniu wyroku nie jest prawda. Tako rzecze jego świątobliwość Wojciech Z. Amen!

[Po kliknięciu w miniaturę pierwszej strony obraz się powiększy, po kliknięciu linków wyświetlone zostaną poszczególne strony sentencji wyroku].

Wyrok Sądu Pracy, str. 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Po lekturze nasuwa się ciekawe pytanie do Stowarzyszenia Architektów Polskich - jakie zalety posiadać powinien kandydat pretendujący do funkcji reprezentanta Państwa interesów w Tucznie? Czy wystarczy mieć tylko gburowaty i chamski charakter?

 

*

 

26.03.2013.Tuczno, sesja Rady Miejskiej.

W tym dniu odbywa się sesja Rady Miejskiej, do protokołów której docieram pół roku później, stąd informacja o tym zdarzeniu wymyka się pamiętnikarskiej chronologii. A co takiego dzieje się w czasie tej sesji, że muszę o tym wspomnieć?

Otóż radny Krzysztof M. sporządza pismo do „właściciela” i dzierżawcy Zamku z prośbą o zakończenie sporu i prosi pozostałych radnych, którzy ewentualnie popierają taką inicjatywę, o złożenie podpisu pod nim. Przytoczę je w całości jako transkrypcję słabej jakości kopii protokołu, choć obarczone jest kilkoma błędami faktologicznymi, merytorycznie na to zasługuje:

„W imieniu mieszkańców gminy Tuczno zwracamy się z apelem do Stowarzyszenia Architektów Polskich oraz Imperio Polska Sp. z o.o. o polubowne rozwiązanie konfliktu, którego przedmiotem jest Zamek w Tucznie.

Wprawdzie obiekt ten formalnie należy do Stowarzyszenia Architektów Polskich, jednakże w świadomości lokalnej wspólnoty to także nasz dziedzictwo, którego los nie może pozostać nam obojętny.

Do niedawna Zamek w Tucznie uchodził za miejsce szczególne na turystycznej mapie Polski i regionu, a tym samym stanowił powód do dumy dla lokalnej społeczności. Niestety, trwający już od dłuższego czasu spór nie tylko narusza partykularne interesy zwaśnionych stron, lecz także szkodzi wizerunkowi gminy Tuczno i jej mieszkańców. Z obawą i ze smutkiem patrzymy na przyszłość tuczyńskiego zamku, odbudowanego przy ogromnym nakładzie pracy i kosztów ze strony Stowarzyszenia Architektów Polskich, a który teraz poprzez nieustający konflikt okrywa się złą sławą wśród potencjalnych gości, a ponadto ulega dewastacji.

Dlatego jeszcze raz prosimy Państwa o jak najszybsze zakończenie sporu, którego negatywne skutki odczuwamy my wszyscy. Jesteśmy przekonani, że jedynym rozwiązaniem jest osiągnięcie zgody, której beneficjentami będą zarówno Stowarzyszenie Architektów Polskich, Imperio Polska Sp. z o.o., jak i mieszkańcy Gminy Tuczno.”

Na wstępnie dwie drobne uwagi - nie mamy żadnego potwierdzenia, że Zamek jest własnością SARP, poza oświadczeniami ustnymi. Mamy za to jednoznaczne wpisy w księdze wieczystej oraz pismo z Najwyższej Izby Kontroli, w którym jako właściciela wskazuje się Skarb Państwa. Ktoś się pomylił tu i tu?
Druga uwaga - dewastacja Zamku. Jest to efekt propagandowego rozsiewania pogłosek przez Wojciecha Z. i jego przyjaciela, prezesa SARP. Nie ma żadnych śladów jakiejkolwiek dewastacji, co jest udokumentowane m.in. comiesięcznymi raportami z inspekcji Zamku - pomijając naturalne usterki związane z normalnym starzeniem się budynku. Jest to zwykłe pomówienie, za które Z. i Ś. mogliby ładnie beknąć, gdyby komuś z nas chciało się ciągać z nimi po sądach.
Czy pan radny był w Zamku ostatnio? Jeżeli nie – zapraszam serdecznie i szczerze! Proszę o kontakt telefoniczny lub mailowy celem umówienia się na konkretny termin (pracuję nieregularnie w różne dni), porozmawiamy i pozwiedzamy najdalsze zakamarki Zamku. Pokażę Panu miejsca, jakich nie widział żaden turysta. Przy okazji przekona się Pan naocznie czy ma miejsce jakakolwiek dewastacja, kto jest atakującym, a kto się broni, gdzie leży prawda, a co jest propagandą drugiej strony.

Wracam do tematu. Powyższe pismo w mojej opinii jest strzałem w dziesiątkę w swojej koncepcji i oczywiście podpisuję się pod nim sercem i duszą, rękami i nogami, a nawet uszami, choć radnym nie jestem. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek nie podpisał się pod nim. Ale…

Ale okazuje się, że jednak nie wszyscy myślą tak, jak radny M.! Nie wszyscy chcą pokoju... Radny spotyka jednego bezpośredniego oponenta w trakcie tej sesji w osobie Janiny S. z Miłogoszczy, która kwestionuje fragment o treści „w imieniu mieszkańców”. Deklaruje ona, że jest przeciwko takiemu pismu!
Jak należy rozumieć stanowisko radnej? Czy konflikt jest jej i mieszkańcom gminy przez nią reprezentowanym na rękę? Jak można – tak po ludzku – optować za trwaniem jakiegokolwiek konfliktu? Wydawało mi się do tej pory, że naturalnym dążeniem każdego człowieka czy społeczeństwa jest życie w pokoju i harmonii, a nie w stanie wojny i niepewności.
A jednak przekonuje do swojego zdania kilku radnych i ostatecznie z 15 osób obecnych na sesji tylko 9 popiera inicjatywę. 6 radnych woli, aby konflikt trwał… Ot, ciekawostka trudna do zrozumienia niewątpliwie nawet przez największych filozofów okresu oświecenia…Chyba, że w rachubę wchodzi kasa, władza, wpływy, itd. - wówczas każdy zrozumie.

Opisywana inicjatywa chyba nigdy nie została wprowadzona w życie, bowiem nic mi nie wiadomo, aby Imperio otrzymało korespondencję o takiej treści, zaś o tak znaczącym wydarzeniu, jak zainteresowanie konfliktem władz miejskich raczej byłbym powiadomiony ze względu na moje kronikarskie zacięcie i tropienie ciekawostek.

Radny M. pyta jeszcze burmistrza czy Zamek jest własnością SARP czy Skarbu Państwa. Burmistrz stwierdza, że właścicielem Zamku jest SARP… Ręce opadają. Jak to mówił Goebels (hitlerowski spec do spraw propagandy): kłamstwo tysiąckrotnie powtarzane staje się prawdą. No i miał rację. Aby uciąć wszelkie spekulacje w tej materii i ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości zwróciłem się jakiś czas temu do poznańskiej delegatury NIK (tej, która w 2012 roku nie pytana o to stwierdza, że Zamek należy do Skarbu Państwa) o wyjaśnienie rozbieżności pomiędzy zapisami w dokumentacji, a twierdzeniami SARP i lokalnej administracji publicznej. Pismo wyszło niedawno, więc trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość – z doświadczenia wiem, że na odpowiedź nie ma co liczyć wcześniej, niż po kilku ładnych miesiącach. Być może problem zainteresuje NIK na tyle, że wjedzie niezapowiedziana kontrola do SARP i UMiG Tuczno, by prześwietlić dokumentację…Ciekawe co wówczas wyjdzie, zwłaszcza w odniesieniu do kwestii podatku gruntowego...

Posiadłość Wojciecha Z.W zanadrzu mam jeszcze jedną ciekawostkę. Wojciech Z. we wrześniu 2011 roku oświadcza, że to on jest właścicielem Zamku! W efekcie tych urojeń w powstałej później publikacji czytamy:

Ciekawi ludzie, to osobny rozdział w naszych podróżach. Tym razem niespodzianką stało się spotkanie z wnukiem (po mieczu) Henryka Sienkiewicza – Juliuszem, w posiadłości Wojciecha Z. na zamku w Tucznie.

Data wpisu: 29.09.2011.
Link do pełnej wersji artykułu: http://www.jupiter-online.at/cms/?item=artikel&id=298&PHPSESSID=f2eae3c2d5f18786b6258c2ce29a943f
Obok zrzut ekranu na wypadek, gdyby treść kiedyś jakimś cudem wyparowała (kliknij, aby powiększyć)

Ciekawe co na to SARP czy burmistrz Tuczna... Skoro uważają, że Wojciech Z. nie kłamie, to niestety, prawda jest taka, że Zamek należy do niego... I wiecie już do kogo należy udać się po zaległy, należny i przyszły podatek gruntowy.

W odniesieniu do kwestii własności Zamku Tuczno mam pewne przemyślenia i hipotezy, którymi podzielę się z czytelnikiem.
Kto wie czy w przypadku Zamku nie mamy do czynienia z jakimś przekrętem. Być może pan burmistrz nie czytał pisma z NIK, które jednoznacznie określa kto jest właścicielem Zamku, być może Wojciech Z. do spółki z Mariuszem Ś. stwierdzili, że to pismo to pic na wodę i fotomontaż, być może pan burmistrz nie przeglądał zapisów w księdze wieczystej Zamku, aktualizowanej ostatnio w 2010 roku, w której jak wół stoi kto jest właścicielem Zamku (wskazuje się na odrębną własność, ale nie na innego właściciela!), być może pan burmistrz ma burdel w papierach dorównujący burdelowi wokół pawilonu okupowanego przez Wojciecha Z., być może podatek, na przykład gruntowy, od budynku stanowiącego własność Skarbu Państwa i użytkowanego przez Skarb Państwa w postaci Gminy, jest mniejszy, niż w przypadku użytkownika obcego, a może i żaden? Być może korzystając z legendy o wyłącznym posiadaniu Zamku przez SARP podatki z tego tytułu wpływające do kasy UMiG były stornowane i wpadały do czyjeś kieszeni, bo nie można ich odprowadzić na konto Skarbu Państwa, który się ich nie domaga i który zakwestionowałby wpływ? Podatek jest fajny do podziału na 5 osób, bo wynosi około 55.000 zł. Taki mały coroczny zastrzyk nieopodatkowanej gotówki.

Wszystkie powyższe twierdzenia to hipotezy nie poparte żadnymi dowodami (o! tutaj śmiało można powiedzieć, że coś wysysam z palca), ale sądzę, że przynajmniej jedna powinna być prawdziwa, skoro w obliczu dowodów na papierze wciąż utrzymuje się, że Zamek jest jedyną i wyłączną własnością SARP, tak, jak ja posiadam na przykład skuter i komputer.

Pytanie – kto i po co upiera się przy takich twierdzeniach? Hmm…

Agrozajazd 2013Ja sam wiem, a inni mogą się domyślać, kto pogłoskę tę propaguje i szerzy z niezłym skutkiem, kto wciąż usiłuje zaogniać konflikt o Zamek, kto nieustannie dokonuje mniej czy bardziej idiotycznych ruchów i przedsięwzięć, które z założenia mają niszczyć Imperio Polska, tak finansowo, jak i wizerunkowo, a niszczą przychody gminy Tuczno.
Osobnik ten po rozmowie z burmistrzem Tuczna doprowadza do tego, że z oficjalnej witryny miasta już wiosną 2012 usunięte zostają wszelkie informacje o Zamku poza tą, że obiekt taki jest, zawartą gdzieś tam pod którymś linkiem na którejś podstronie. Niesamowite, że UMiG Tuczno dosłownie wypina się na Zamek po zaledwie jednej rozmowie z tym człowiekiem! A zapytany pisemnie o to wypięcie się nie udziela żadnej informacji, choć jest do tego zobowiązany (na podstawie ustawy o informacji publicznej) – zaś zapytany o to przy okazji wizyty w urzędzie informuje, że… pan Szymański za dużo sobie pozwala! WTF? Helloł!???

Osobnik,
o którym często tu mowa, okłamuje świadomie burmistrza – i ten mu bezgranicznie wierzy umiejętnie zmanipulowany – że w Zamku działalność prowadzi już tylko i wyłącznie SARP (a ewentualnie reszta ludzi jest tam nielegalnie i niebawem zniknie, góra za pół roku), skutkiem czego uchwały Rady Miasta nakładają obowiązek odprowadzania opłaty klimatycznej na SARP, żeby nie było żadnych wątpliwości – z siedzibą w Warszawie. Nikt nie kontaktuje się ze spółką czy jakimkolwiek jej przedstawicielem, by zweryfikować doniesienia. W efekcie do gminy nie są odprowadzane od początku 2012 roku pieniądze z tytułu opłaty klimatycznej. Imperio nie może, bo nie jest płatnikiem, SARP nie może, bo nie prowadzi tu żadnej działalności. Niech wszyscy podziękują za to tuczynianinowi - za jakiego się uważa w anonimowym na pozór Internecie -  Wojciechowi Z. To zapewne najjaskrawszy przykład fałszywych oświadczeń Z., które w tym wypadku miały ogromny wpływ na prace legislacyjne władz gminy i znalazły odzwierciedlenie w zapisach uchwały, którą podjęto w oparciu o.. niezgodne z prawdą informacje przekazane radnym.

Jakież też musi być zdziwienie i zażenowanie burmistrza Tuczna, gdy zmuszony jest zorganizować tzw. Agrozajazd 2013 w Zamku i do tego zapłacić fakturę nie SARP, ale… podwykonawcy Imperio! Tej bandyckiej firmie, której miało w Zamku nie być już od przynajmniej roku – jeżeli wierzyć słowom Wojciecha Z.

Gmina jest w plecy już kilka tysięcy zł z tytułu opłaty klimatycznej (wg moich szacunków) i bliżej nieokreśloną ilość złotówek z tytułu zaniechania promocji i wsparcia Zamku, co bezpośrednio przekłada się na odpływ turystów i w efekcie zmniejszenie obrotów sklepów czy punktów usługowych, od których gmina pobiera podatki.

Osobnik
ten doprowadza nie tylko do zachwiania pozycji Zamku na mapie turystycznej Polski i regionu – jak to ładnie ujął pan radny M., ale dodatkowo – powtórzę wprost - generuje bezpośrednio wymierne i niewymierne straty gminy. Niektórzy z gości pytają o opłatę klimatyczną mając w pamięci doświadczenia z lat poprzednich – odsyłamy ich do kasy UMiG. Podejrzewam, że nikt tam się nie pofatygował, stąd późniejsze telefony z UMiG w sprawie braku wpływów. Kto jest temu winien? Kto jest tym osobnikiem, przez którego gmina ponosi wspomniane wyżej straty?

Odpowiedź jest dla mnie oczywista - to Wojciech Z. – i konkluzja ta chyba nie dziwi nikogo czytającego ze zrozumieniem mój pamiętnik. To jemu – mieszkańcy gminy Tuczno – zawdzięczacie braki budżetowe z tytułu opłaty klimatycznej, jemu zawdzięczacie sam konflikt o Zamek, jemu zawdzięczacie spadek popularności Tuczna jako miejsca atrakcyjnego turystycznie, jemu zawdzięczacie brak możliwości organizacji dużych, wielodniowych imprez masowych na Zamku i masowych przyjazdów turystów, jemu – z pomocą burmistrza - zawdzięczacie to, że Tuczno powoli zamienia się w zadupie, do którego większość turystów trafi jedynie przez pomyłkę. To on - kontaktując się z firmami i organizacjami, o których wie, że mają plany dotyczące przyjazdu do Zamku w 2012 roku - doprowadza do owe firmy i organizacje do rezygnacji z przyjazdów przekonując, że w obiekcie działa firma upadająca lub wręcz przestępcza. Mamy na to dowody w postaci korespondencji od nich.

Dlaczego on to robi - zapytacie? Bo tak bardzo chce być dyrektorem Zamku z ramienia SARP! Jest to jego jedyny cel i marzenie i z tego względu godzi się nawet na to, by być zwykłym cieciem przez bliżej nieokreślony czas, dumnie i szumnie nazywając to zajęcie "nadzorem właścicielskim"... Brzmi ładnie, ale jeżeli z właścicielem pierwszego lepszego placu budowy podpisuję umowę o jego dozór (dostaję pracę jako stróż nocny za 3 zł/h), to też mogę powiedzieć, że mam umowę o nadzór właścicielski (bo podpisałem umowę z właścicielem i dozoruję teren). Tak, czy nie?

Dlaczego tak bardzo chce ten facet być dyrektorem Zamku z ramienia SARP? Bo to mu umożliwi wprowadzenie w życie planów przekrętów finansowych, które częściowo zdradza już w połowie 2011 roku opowiadając przy piwie o swoich pomysłach… Mówią, że wino rozwiązuje języki - wówczas było to jednak piwo.
Jedynym powodem wybuchu i trwania konfliktu jest Wojciech Z. i jego chore ambicje – powtarzam to do znudzenia, być może w końcu fakt ten dotrze do świadomości odpowiednich ludzi w SARP. Imperio Polska nie ma nic przeciwko polubownemu załatwieniu sporu, nie ma żadnych przeszkód przed podjęciem rozmów pojednawczych, nie ma nic przeciwko prowadzeniu działalności przez SARP w Zamku po uregulowaniu spraw pomiędzy podmiotami, spółka Imperio może ustąpić w każdej chwili – warunek od samego początku jest jeden: Wojciech Z. i spółka Lexor opuszczają teren Zamku. Jeżeli już ktoś musi tu być i blokować pokój hotelowy niech będzie to jakaś bezstronna osoba zaufania publicznego. 

Niestety, prezes SARP – trzeba już powiedzieć wprost: przyjaciel Wojciecha Z. – utrzymuje, podkreśla i zaznacza, że nikt nie będzie mu dyktował kto ma być przezeń wskazany do sprawowania kontroli „właścicielskiej” w Zamku. Taki foch i fanaberia... Widocznie dictum Imperio to ujma na honorze dla prezesa. Tylko osobiście jestem przekonany, że nie ma możliwości ujmowania czegoś z niczego…


Wygląda mi na to, że foch prezesa SARP spowoduje, że trzeba będzie się jeszcze pomęczyć z konfliktem przez co najmniej kolejne 2-3 lata (moja osobista ocena sytuacji). O ile SARP przetrwa do tego czasu. Patrząc na raport finansowy Stowarzyszenia i czytając w prasie o jego konfliktach i sprawach sądowych w większości dużych miast w Polsce można domniemywać, że za rok, góra dwa – stowarzyszenie zbankrutuje i trzeba będzie je rozwiązać. A szkoda by było, bo to by oznaczało upadek ponad wiekowej tradycji…
Zaczynam też zastanawiać się czy przypadkiem "uległość a la przyjaźń" prezesa SARP nie jest przypadkiem spowodowana jakiegoś rodzaju szantażem czy innym hakiem, jak posiada Z. na Ś. Tak daleko idące przyzwolenie na wszelkie prawne i bezprawne poczynania Wojciecha Z. oraz protekcjonizm w obliczu takiej masy kłopotów, jakiej przysporzył do tej pory stowarzyszeniu, każe zastanowić się nad istotą powiązań pomiędzy tymi ludźmi. Czy mamy tu do czynienia jedynie z interesowną przyjaźnią, czy może jakiegoś rodzaju szantażem?

Tego samego dnia spędzamy w sądzie rejonowym w Wałczu całe przedpołudnie.

Pierwsza rozprawa dotyczy złośliwości, których względem pracowników Imperio Polska dopuścił się Wojciech Z. Jak już wiemy, zostaje uniewinniony w obliczy braku bezpośrednich dowodów. Trzeba teraz rozważyć instalację systemu monitoringu wizyjnego.

Wokanda 1

Część świadków czeka na kolejną rozprawę, tym razem w sprawie wymyślonej przez Wojciecha Z. dziury, jaką rzekomo wywiercono podczas montażu zewnętrznych butli gazowych. W pierwszym addendum juz wspominałem, że Agnieszka N. zostaje od tego fikcyjnego zarzutu uniewinniona, a Z. ma stanąć przed sądem za składanie fałszywych zeznań. SARP składa odwołanie od wyroku, więc nie można na razie oskarżyć Z. z urzędu do czasu prawomocnego zakończenia sprawy.

Wokanda 2

Trzecia wokanda - sprawa Andrzeja S. oskarżonego przez SARP o kolejny wymysł Wojciecha Z. -  rzekome zniszczenie zamka i drzwi do kotłowni w 2012 roku, których wartość Z. mocno zawyża celem podniesienia rangi zdarzenia z ewentualnego wykroczenia do ewentualnego przestępstwa. Andrzej S. zostaje sprawiedliwie uniewinniony. Tutaj Z. nie będzie pociągnięty do odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań, bowiem nie dotyczyły one faktów, a tylko jego oceny zdarzeń i wartości zniszczeń.

 

*

 

22.06.13. Weselna wódeczka.

Szkoda, że nie ma mnie tego dnia w pracy – byłyby świetne, „weselne” zdjęcia…
Wg relacji osoby z kręgu młodej pary, spotkawszy Wojciecha Z. wychodzącego z okupowanego przez siebie pawilonu zapytują się o zgodę na przeprowadzenie małej sesji fotograficznej – sądzą, że jest to osoba sprawująca w Zamku władzę nad nim. Zgodę uzyskują, a w ramach wdzięczności częstują Z. wódką weselną, którą piją wspólnie na ławeczce przez wspomnianym pawilonem. W trakcie rozmowy Z. podaje się cały czas za Dyrektora Zamku… Ot, niezdrowe się to już robi…Naprawdę chore... A na tę chorobę mam dla Wojciecha Z. idealne lekarstwo. Oto ono:

 

Lekarstwo dla Z.

 

 

*

 

24.06.2013. Początek przyjmowania gości w pawilonie.

Tego dnia Wojciech Z. inauguruje początek świadczenia usług hotelowych swoim prywatnym gościom. Przez następne 2 miesiące niemal w każdy weekend w pokoju na parterze od strony bramy (okazjonalnie naprzeciwko) nocują goście, a pod pawilonem lub „dla zmyłki” – tuz przy bramie na fragmencie parkingu – parkują różne auta, na polskich i niemieckich numerach.

Niewątpliwie większość gości to rodzina bliższego i dalszego stopnia oraz znajomi, ale w niektórych przypadkach odnosi się nieodparte wrażenie, że są to osoby zupełnie obce i kompletnie zagubione w terenie…

Po co o tym wspominam? A tak, na wszelki wypadek, bowiem firma Lexor nie ma możliwości świadczenia usług noclegowych ze względu na brak właściwego wpisu PKD w KRS oraz brak kasy fiskalnej.

Ale tutaj łatwo wykpić się w razie nalotu z Urzędu Skarbowego… Mimo wszystko mała prowokacja w tym temacie w przyszłym roku nie zaszkodzi…Ciekaw też jestem czy Z. przyniósł do kasy UMiG Tuczno choć raz pieniążki z tytułu opłaty klimatycznej po wynajęciu pokoi na cały weekend. Nie przyniósł? A to pech... Może zapomniał? No tak... Szkoda :-(

 

*

 

26.06.2013. Umorzenie śledztwa w sprawie naruszania praw pracowniczych przez Imperio (donos Wojciecha Z.)

Tego dnia zostaje umorzone śledztwo w sprawie uporczywego naruszania w okresie od kwietnia 2010 roku do lutego 2012 roku praw pracowników z zakresu ubezpieczenia społecznego poprzez uporczywe i złośliwe nie opłacanie składek przez Imperio Polska (akta sprawy RSD-545/13 w prokuraturze w Drawsku Pomorskim, wątek wydzielony do prowadzenia przez prokuraturę w Wałczu). Donos w tej sprawie składa Wojciech Z. (jakże by inaczej) przy okazji innej sprawy – o wyłudzenie i przywłaszczenia mienia, w której to Z. jest podejrzanym.

Składki częściowo rzeczywiście nie były w tamtym czasie odprowadzane, co jest w głównej mierze zasługą polityki finansowej nikogo innego, jak Z. właśnie – gdy piastował stanowisko kierownika Zamku i był odpowiedzialny za te sprawy. Jak czytamy w uzasadnieniu:

„W śledztwie nie uzyskano dowodów świadczących o tym, że stan taki wynika ze złośliwego lub też uporczywego działania pracodawcy. Zaznaczyć należy, że taką sytuację wykazał tylko Wojciech Z., który sam odpowiedzialny był za płacenie niniejszych składek. (…) Należy nadmienić, że pozostaje on obecnie w sporze cywilno-prawnym z byłym pracodawcą i może to rodzić wątpliwości co do wiarygodności jego zeznań. Podkreślić należy, iż zdecydowana większość pracowników nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń z tym związanych, a wynagrodzenia wypłacane im były i są w miarę regularnie”.

Hmmm... A podobno to ja jestem kłamczuch...

W dalszej części uzasadnienia Prokuratura Rejonowa informuje, że zadłużenie z tytułu nie opłaconych składek to ledwie wykroczenie i dalsze prowadzenie postępowania leży w gestii Inspektoratu ZUS w Sopocie. Wygląda na to, że w prokuraturach Drawsku Pomorskim i w Wałczu przy tej sprawie pojawiają się inteligentni ludzie, którzy na bajania Wojciecha Z. nie dają się nabrać. Szkoda tylko, że nie pociągną go do odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań, jak to ma miejsce w przypadku sprawy o nie istniejącą dziurę (fałszywe zeznania i krzywoprzysięstwo przed sądem). Ale to oczywiście po oddaleniu standardowego odwołania SARP od wyroku, więc za czas jakiś.

 

*

 

02.07.2013. Comiesięczna inspekcja i odbiór dokumentów księgowych.

Okazuje się, że SARP ma kontrolę Urzędu Skarbowego. Ponieważ część potrzebnej dokumentacji znajduje się w Zamku, prezes SARP m.in. do Zamku przysyła pismo, w którym żąda wydania tejże dokumentacji i jednocześnie insynuuje, iż pracownicy spółki Imperio będą w tej kwestii czynić problemy, od czego SARP się odcina i w razie nie przedstawienia przez siebie w US wymaganej dokumentacji wskazuje Imperio jako winnego.

Piszę wcześniej, że ‘pismo takie trafia „m.in.” do Zamku’, albowiem rozesłane jest także do wiadomości innych urzędów i instytucji, co tradycyjnie stanowi element wojny propagandowej mającej na celu jak najszersze przedstawianie Imperio Polska w jak najbardziej niekorzystnym świetle.

W odpowiedzi na to pismo spółka Imperio Polska pisemnie informuje SARP, że oczywiście nie ma tu najmniejszego problemu, zaprasza i obiecuje okazanie wszelkiej możliwej pomocy – z jednym zastrzeżeniem. Wiemy, że przyjaciel prezesa – Wojciech Z. – będzie wskazany i upoważniony do odbioru dokumentów. Stąd spółka zastrzega sobie i nie wyraża zgody na udział w tych czynnościach Wojciecha Z., jako że osoba ta jest w głębokim konflikcie z firmą, a w trakcie różnych wcześniejszych zdarzeń posługuje się skradzioną spółce dokumentacją.
W obawie zatem o możliwość wystąpienia kolejnych kradzieży innej dokumentacji należącej do Imperio, spółka zadecydowała, tak, a nie inaczej. Uwaga ta tyczy się nie tylko Wojciecha Z., ale także firmy Lexor i wszystkich osób z nią związanych.

Absolutnie nikt nie jest zaskoczony, że prezes SARP mimo wszystko – wręcz na chama - przysyła 2. lipca Wojciecha Z. po dokumenty
Na szczęście obecny jest jeszcze jeden przedstawiciel SARP, zupełnie nie związany z konfliktem na Zamku, posiadający co najwyżej takie pojęcie o sytuacji w Zamku, jakie zostało mu przedstawione przez prezesa… Kiedy Wojciech Z. informuje, że skierowany jest do odbioru dokumentów, pracownicy Imperio protestują.
Rozpoczyna się krótka seria telefonów do Warszawy i z powrotem i co się okazuje: Wojciech Z. nie może tych dokumentów odebrać ani zbliżać się do archiwów w Zamku.

Trudno tu wskazać winnego, czy zawiodła kancelaria reprezentująca SARP, czy sam prezes, faktem jest, że Z. może tu dziś wejść na inspekcję i nic ponadto… Inspekcja niczego złego nie znajduje, trwa krótko. Jedno co mi się rzuca w oczy, to niesłychana bladość Wojciecha Z. Kiedy widzę go pierwszy raz tego dnia w pamięci staje mi obraz wujka, któremu z powodu raka zostało niecałe 3 miesiące życia gdy go ostatni raz widziałem… Tak właśnie tego dnia wygląda Z. Kolor na twarz zapewne wraca mu natychmiast, gdy zostaje wyproszony z Zamku nie mogąc dobrać się do zarchiwizowanych dokumentów. Telefony i machanie rękoma tradycyjnie – bezcenne. Muszę kiedyś to nagrać w kilku ujęciach i zmontować teledysk pt. „I’m flying high” lub "Batman Forever" albo podobnie. Całe zajście mogę określić jako niepotrzebny zgrzyt wywołany bezczelnością prezesa SARP – wszak Imperio pisemnie uprzedza o braku możliwości udostępnienia panu Z. archiwów, o piśmie wiedzą w Warszawie zapewne wszyscy z Zarządu Głównego, pismo nie zostaje oprotestowane ani nie jest nań żadna odpowiedź wysłana, można zatem przyjąć wystąpienie milczącej zgody na wskazany warunek udostępnienia archiwów – a jednak Z. stawia się na miejscu po uzgodnieniu tego z prezesem...

Nie licząc zatem sprowokowanego incydentu, wbrew oczekiwaniom prezesa SARP Imperio Polska nie czyni najmniejszych problemów z odbiorem dokumentacji, w wręcz przeciwnie – pracownik spółki (akurat wypadło na mnie) wprowadza przedstawiciela SARP z Warszawy do wszystkich pomieszczeń, w których mogą znajdować się potrzebne dokumenty, pomaga w ich wyszukiwaniu, pakowaniu oraz znoszeniu na dół aż do samochodu. Po kilku tygodniach dowiaduję się, że dzięki naszym wspólnym staraniom udało się odnaleźć wówczas wszystkie potrzebne dokumenty. SARP unika kłopotów dzięki pomocy pracowników Imperio. Faux pas czy okazanie dobrej woli? Jak jest z tym konfliktem? Kto tu gra fair? Kto dąży do zgody a kto do niezgody?

 

*

 

5.07.2013. Poznaję osobiście Prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Przy okazji pobytu w Tucznie prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, pan Krzysztof Skowroński (z kilkoma osobami towarzyszącymi) odwiedza Zamek w Tucznie. Zagląda do Zamku zupełnie prywatnie, jakkolwiek z ewentualną intencją ewentualnego zorganizowania tu jakiegoś wydarzenia.
Z początku nie poznaję człowieka – widzę znaną mi twarz i słyszę znany mi głos, ale świadomość kto to – to jak dzwonienie w kościele za siódmą górą. W trakcie rozmowy wychodzi szydło z wora – oto przed chwilą ściskałem dłoń prezesa SDP.
Rozmawiamy kilka chwil o mojej sytuacji w związku z niniejszym pamiętnikiem. Mimo, że nie jestem dziennikarzem, prezes Skowroński zaprasza mnie osobiście do przystąpienia do stowarzyszenia. Wystarczy, że jestem właścicielem witryny, a że na niej publikuję własne teksty, to tym lepiej. Po skrótowym zapoznaniu go z problematyką niniejszego pamiętnika informuje mnie, że tym bardziej powinienem wstąpić w szeregi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, bowiem wówczas do dyspozycji będę miał cały sztab znakomitych prawników pracujących dla SDP w razie gdyby Wojciech Z. czy ktokolwiek inny miał jakiś problem z publikacjami zawartymi na stronie www.mielecin.pl.

Mam wówczas zagwozdkę – zrzeszać się czy nie? Sztab prawników – dobra rzecz, a dziennikarzem nie jestem i nie muszę być. W sumie - czemu nie? Zwłaszcza, że zaprasza osobiście sam prezes – choć boso, wzorem Cejrowskiego…

 

*

 

12.07.2013. Wojciech Z. w swoim żywiole.

Z. fotografuje i nagrywa wydarzeniaO kurde! Coś się dzieje w Zamku! Ale to przecież niemożliwe!!! Tyle wysiłku, by zniszczyć Imperio i pracowników, a tu znowu pod Zamkiem aut bez liku i ogrom gości wewnątrz!!! Co się dzieje!?
Trzeba to szybko utrwalić i wysłać Mariuszowi Ś., bo nie uwierzy na słowo…

Wojciech Z. ze swoim sprzętem znakomicie wkomponowuje się w okoliczności i plener – w Zamku trwa 3-dniowy ogólnopolski zlot miłośników fotografii i pasjonatów sprzętu optycznego. No i w końcu ma jakieś konkretne zajęcie, bo do tej pory w tym roku nic ciekawego się nie działo ani żadną pracą nie było okazji się zhańbić.
Zdjęcie obok znakomicie ilustruje to, czym przedstawiciel SARP zajmuje się na co dzień – oczywiście poza wymyślaniem następnych koncepcji mających na celu zniesławienie Imperio Polska. Skoro jednak SARP chce za tę robotę płacić, to co ja się tam będę odzywać…

Podpowiem tylko, że mam 2 świetne, półprofesjonalne aparaty i chętnie będę Stowarzyszeniu wysyłał zdjęcia z organizowanych w Zamku imprez – całkowicie za darmo, wystarczy mi słowo „dziękuję”, a nawet i o to nie będę zabiegać jakby co. Po prostu lubię się chwalić dobrą fotografią.
Nie trzeba też płacić mi x tysięcy zł miesięcznie za fikcyjne faktury na fikcyjne usługi, nie będę namawiać Stowarzyszenia na rekompensowanie mi czegokolwiek i nie trzeba będzie płacić za prąd przeze mnie zużywany w nadmiarze. Myślę, że moja oferta przebija ofertę Wojciecha Z. o 100%.
A jednak kumoterstwo ma pierwszeństwo, stąd takie obrazki, jak obok, będą częste jeszcze przez przynajmniej 2 - 3 lata, a moja oferta nie będzie wzięta pod uwagę, bowiem jestem gangsterem ze złodziejskiej i niszczycielskiej spółki Impero zastraszającej nieustannie obok zilustrowanego osobnika...

 

*

 

18.07.2013. Pierwszy przyjazd biegłego sądowego w celu zbadania instalacji grzewczej Zamku.

Kilka dni przed 18.07.2013 Wojciech Z. pierwszy raz w tym roku zaczyna sprzątać „swoje” obejście, uprząta śmieci, kosi trawę, innymi słowy - hańbi się pracą fizyczną… To pewny znak, że niebawem pojawi się w Zamku ktoś, komu nie może pokazać burdelu panującego wokół pawilonu na co dzień – może nawet przyjedzie sam prezes SARP!?

Okazuje się, że przeczucia mnie nie mylą – 18.07.2013 r w Zamku pojawia się prezes SARP, Mariusz Ś. Okazją jest przyjazd biegłego, który ma przeprowadzić inspekcję stanu kotłowni oraz pozostałych elementów systemu grzewczego, dokonać pomiarów, wyliczeń i wydać na koniec opinię o jego możliwościach. Biegły powołany jest w sprawie sądowej, w której Imperio Polska próbuje dowodzić ukrytych w momencie podpisywania umowy dzierżawy wad systemu grzewczego i domaga się za to m.in. odszkodowania od SARP.

Biegły dowiaduje się, że żadnych pomiarów ani dziś, ani w najbliższych dniach nie wykona, bowiem nie ma możliwości uruchomienia kotłowni. Prezes SARP usiłuje przekonać biegłego, że to pracownicy Imperio doprowadzili system do takiego stanu oraz uniemożliwiają podjęcie niezbędnych napraw… Biegłego jednak to nie interesuje, ponieważ ma zbadać urządzenia, a nie stawać po jednej czy drugiej stronie, dlatego wszelkie początki dyskusji na temat „kto jest czemu winien” szybko kwituje „nie interesuje mnie to”. Biegły dowiaduje się wtedy, że Imperio nie posiada klucza do kotłowni… , który Wojciech Z. rzekomo osobiście złożył w depozycie sądu w Warszawie…

Na moje pytanie kiedy to dokładnie klucz ten trafił do depozytu, czy nie przypadkiem 2 tygodnie temu – odpowiada, że… 2 dni temu! Sam osobiście był w Warszawie (!), by go złożyć! Pracownikom Imperio, którzy słyszą to na własne uszy, trudno powstrzymać w tej sytuacji śmiech, więc chichrają sobie przez chwilę…
Po kilku dniach wychodzi na jaw, że Wojciech Z. i w tym momencie także kłamie. Prawdą jest tylko, że klucz zostaje złożony do depozytu sądowego dwa dni wcześniej, ale nie jest prawdą, że w Warszawie. Z. myli stolicę z… Wałczem. W ten sposób okłamuje nie tylko pracowników Imperio, którzy będą się poń niepotrzebnie musieli udawać kawał drogi, ale także urzędnika państwowego w osobie biegłego. Dla Z. zapewne pomysł przedni – frajerzy pojadą, stracą czas i pieniądze, nic nie załatwią, a on będzie czysty, bo klucz przecież zdał. Co z tego, że nie w Warszawie??? Ot, takie małe przejęzyczenie, nieświadomie, kilka razy co prawda powtórzone, ale przecież niechcący…

Po wyjeździe biegłego, który zapowiada swój powrót niebawem z nadzieją na zastanie działającej kotłowni prezes SARP w towarzystwie koleżanki przystępuje do meritum przyjazdu. Otóż okazuje się, że SARP rzekomo szykuje się do wielkiego remontu i przebudowy Zamku, w związku z tym Zarząd potrzebuje zabrać do Warszawy różnego rodzaju dokumentację projektową przechowywaną w zamkowym archiwum. Jak zawsze wypada na mnie – chodzę z prezesem tu i tam i pomagam w przesiewaniu archiwów w poszukiwaniu jakichś projektów technicznych i protokołów odbiorów. Na koniec zostaje sporządzony wykaz odebranej dokumentacji.
Nawet pobieżne przyjrzenie się liście dokumentacji wywiezionej tego dnia do Warszawy rodzi pewne podejrzenia. Wszystkie dotyczą lub mają związek z… systemem grzewczym Zamku. Nowym. Tym, o który toczy się spór.

Pomyślmy - czy SARP stojący obecnie na skraju bankructwa, wyrzucany z lokali m.in. w Szczecinie i siedziby głównej w Warszawie, toczący trudną do oszacowania ilość spraw sądowych i mający konflikty cywilno-prawne nie wiem czy przypadkiem nie w każdym województwie w Polsce, może obecnie planować jakiekolwiek prace budowlane w Zamku w Tucznie?
Dodajmy – chodzi o plany o wartości inwestycji sięgających milionów złotych, podczas gdy oficjalny zysk netto stowarzyszenia za 2012 rok to zaledwie ok. 55 tys. zł? I szczególnie w sytuacji, gdy w Zamku działalność nadal prowadzi Imperio, konflikt trwa w najlepsze, nie ma żadnych widoków na szybkie zakończenie sporu?

A może chodzi o zrobienie projektów, które nigdy nie będą nigdy zrealizowane – ale pieniądze za ich wykonanie ktoś otrzyma? Bardzo to zastanawiające…Jeżeli nie o to chodzi, to może o ukrywanie wad systemu grzewczego? A może o jedno i drugie? Ciężko rozsądzić... Skoro sam prezes pofatygował się do Tuczna, który w innych okolicznościach zawsze prosi o przychylność sądów i przesłuchiwanie go w miejscu zamieszkania, to sprawa niewątpliwie jest bardzo wielkiej wagi...

Przy okazji warto wspomnieć, że w archiwum panuje niezły bajzel, który proponowaliśmy przedstawicielom SARP uprzątnąć – w tym celu mogła w Zamku na kilka dni zamieszkać archiwistka stowarzyszenia, żaden problem, mogła dokładnie skatalogować, opisać i poukładać dokumenty – wówczas wyszukanie i odbiór potrzebnych pozycji to byłoby 3 minuty roboty wliczając w to wejście na strych, i zero kłopotu. Ani przedstawiciele pojawiający się tu na inspekcjach, ani sam prezes SARP, z takiej propozycji nie chcieli skorzystać. Owszem, każdy się zgadza, że to dobry pomysł, ale nie, bo nie. Tzn. nie, bo tu jest Imperio… Nie, bo taki foch ma prezes...

 

*

 

19.07.2013. HIT na cały kraj - można myć samochód w dowolnym miejscu publicznym na terenie gminy Tuczno.

Rzecz ma miejsce 20. maja 2013. Choć wykroczenia tego Wojciech Z. dopuszcza się już wielokrotnie wcześniej (i, niestety, później), to jednak dopiero tego dnia udaje się zdobyć niezbity dowód w postaci nagrania wideo.

Mycie autaW tym dniu Z. popełnia wykroczenie polegające na myciu samochodu w miejscu publicznym, nie wyznaczonym do tego celu i odpowiednio nie przygotowanym. A mówiąc wprost – wyciąga myjkę ciśnieniową (nota bene skradzioną Imperio Polska) i z zadowoleniem myje auto przed pawilonem.
Nagrywam film z tego, a nazajutrz udaję się do Straży Miejskiej ze zgłoszeniem, gdyż taki obowiązek nakłada na mnie prawo - art. 57 §1, art. 95 §1 oraz art. 97 §1 pkt 3 ustawy z dnia 24. sierpnia 2001 r. Kodeks postępowania w sprawach o wykroczenia.

Wykroczenie to, to złamanie postanowień uchwały nr XXII/135/2012 Rady Miejskiej w Tucznie z dnia 27. grudnia 2012 roku w sprawie regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie Gminy Tuczno §4.1 ust. 1) i 2), w związku z art. 4. ust. 1 i 2 ustawy z dnia 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz art. 40. ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym.
Niebawem u Wojciecha Z. pojawia się strażnik miejski z mandatem (w pierwszym odruchu chce karać, bo sam widzi na filmie wykroczenie), jednak Z. odmawia jego przyjęcia. Tłumaczy, że to nie było mycie samochodu, lecz – tu uwaga: polewanie auta czystą wodą. Nie szkodzi, że z użyciem myjki ciśnieniowej, bo nie było ani w niej, ani na aucie żadnych detergentów. Sprytnie omija się temat czynnika myjącego, jakim w tym przypadku jest nie detergent, ale ciśnienie wody, jak sama nazwa urządzenia wskazuje.

Strażnik daje się wpuścić w maliny i odstępuje od ukarania, o czego fakcie zostaję pisemnie powiadomiony. Normalnie powinien być skierowany do właściwego sądu wniosek o ukaranie. Ale nie w tym wypadku – maliny są zbyt głębokie i kłujące jak jeżyny. We wspomnianym piśmie zawarta jest informacja o procedurze odwoławczej w razie gdybym nie zgadzał się z decyzją strażnika, w myśl której zażalenie winienem kierować prosto na ręce Wojewody Zachodniopomorskiego.
Tutaj strażnik – niestety - myli się po raz wtóry. Wojewoda informuje mnie, że nie wie skąd pomysł pisania do niego w takiej sprawie, bowiem od rozpatrywania takich zażaleń jest w tym wypadku burmistrz Tuczna. W moim imieniu Wojewoda przesyła pismo bezpośrednio do burmistrza Tuczna informując jednocześnie, że w razie niekorzystnego rozpatrzenia zażalenia mam prawo odwołać się jeszcze bezpośrednio do prokuratora właściwego dla danego obszaru, albowiem sprawa dotyczy wykroczenia, co do którego Wojewoda zdaje się nie mieć wątpliwości. Burmistrz Tuczna, Krzysztof H., niestety ma wątpliwości. Oddala moje zażalenie jako bezzasadne. Nie poucza o dalszej drodze odwoławczej – co za faux pas…

W ten oto sposób dokonuję bardzo ważnego odkrycia, które zaprezentuję w postaci ogłoszenia.

Ogłoszenie

UWAGA!

Zgodnie z decyzją burmistrza MiG Tuczno zawartą w piśmie z dn. 19.07.2013 (nr sprawy: O.K.1510.02.2013) oraz decyzją Komendanta Straży Miejskiej w Tucznie z dn. 06.06.2013 (nr sprawy SM.5521.51.2013)

każdy obywatel ma prawo na terenie gminy Tuczno w dowolnym czasie i miejscu umyć dowolny pojazd z użyciem dowolnej myjki ciśnieniowej.

 

Warunki bezkarności w przypadku popełnienia ww. wykroczenia:

 

  • używanie przez urządzenie wysokociśnieniowe czystej wody
  • określanie czynności mianem „polewanie pojazdu”  w przypadku pytań organów kontrolnych i osób postronnych.

 

Uchwała nr XXII/135/2012 Rady Miejskiej w Tucznie z dnia 27. grudnia 2012 roku w sprawie regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie Gminy Tuczno §4.1 ust. 1) i 2), w związku z art. 4. ust. 1 i 2 ustawy z dnia 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz art. 40. ust. 1 ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym

nie ma wobec wymienienia tych okoliczności zastosowania.

Wiem, że to nie będzie łatwe, ale może uda się zorganizować taki oto happening pod budynkiem UMiG Tuczno:

- przyprowadzimy beczkowóz z czystą wodą, agregat prądotwórczy oraz myjkę ciśnieniową
- rozpoczniemy akcję "polewania czystą wodą" z myjki wszystkich aut, które stoją na parkingu przed UMiG
- będziemy "polewać czystą wodą" z myjki w następnych dniach każde auto, którego kierowca zaparkuje przed UMiG Tuczno i przekaże na ręce polewającego 2 zł polskie jako wynagrodzenie za polewanie auta wodą
- uczynimy z parkingu przed UMiG Tuczno stałe miejsce "polewania czystą wodą" z myjki ciśnieniowej wszelkich parkujących tam aut za 2 zł polskie lub za darmo, jeżeli dany kierowca nie będzie miał przy sobie 2 zł
- będziemy patrzeć czy straż miejska zechce ukarać polewającego mandatem
- po tygodniu zapytamy o zdanie na ten temat osobę odpowiedzialną za utrzymanie czystości wokół UMiG Tuczno
- również po tygodniu zapytamy burmistrza czy nadal nie ma nic przeciwko "polewaniu aut czystą wodą"

Myślę, że pan Krzysztof H., burmistrz Tuczna, w tej chwili już dostrzega absurd swojej decyzji. I zaczyna rozumieć, że tak się zbajerować Wojciechowi Z. może dać tylko frajer - konsekwencje tego mogą być nieobliczalne...

Wróćmy jeszcze na chwilę do czasu, gdy decyzja burmistrza ujrzała światło dzienne - w tym samym czasie dowiaduję się, że burmistrz Tuczna jest od dawna – mówiąc potocznie - „urobiony” przez Wojciecha Z. oraz prezesa SARP, który w tym roku spotyka się z burmistrzem przynajmniej dwukrotnie. Wiem, że główną przyczyną spotkań jest próba przekonanie Krzysztofa H. do umorzenia podatku gruntowego, ale i przy okazji wykazanie, że ludzie w Zamku są tak źli i tak szkodliwi, że aż strach... Uznaję zatem, że gra nie warta jest świeczki oraz przy tej okazji zaczynam rozumieć sens pewnych zdarzeń.
Nałożony na mnie przez polskie prawo obowiązek poinformowania odpowiednich organów o zaistniałym wykroczeniu spełniłem. W obliczu daleko idącej nieprzychylności ze strony UMiG wobec pracowników Imperio Polska pracujących w Zamku (o tym będzie jeszcze mowa później) nie chce mi się dalej drążyć tematu. Wydawałoby się, że przedstawiciel władzy będzie obiektywny, a tu "zonk"... Kolejne wykroczenie Wojciecha Z. uchodzi płazem, ale tym razem paradoksalnie nie mam mu tego za złe. Wszak dzieli się ze mną i ze wszystkimi mieszkańcami gminy Tuczno (a i być może tyczy się to całej Polski) bezcenną wiedzą jak bezpiecznie uniknąć odpowiedzialności za określone wykroczenie.
Nie dziwią mnie słowa pewnego urzędnika państwowego, który w czasie wizyty w Zamku bez ogródek stwierdził, że poznając Wojciecha Z. od razu odniósł wrażenie, że ma do czynienia z niezłym cwaniaczkiem…

A zatem uwaga właściciele myjni samochodowych! Możecie powoli likwidować swoje interesy, tutaj każdy ma prawo myć samochód gdzie chce. Można legalnie robić syf na chodnikach, zostawiać plamy z oleju i brud z podwozia na trawie w parku, na parkingach, pod Zamkiem, pod marketem – przecież wolno!

Straty właścicieli myjni po opublikowaniu tej części pamiętnika to nie jedyny uszczerbek dla gminy i jej mieszkańców, do jakiego prowadzi dotychczasowa działalność Wojciecha Z. Oprócz zniszczenia prestiżu Zamku, wyparcia się przez UMiG jego istnienia oraz zaprzestania pobierania opłaty miejscowej, teraz nie będzie można karać mandatami za mycie samochodów gdzie popadnie.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, chętnie prześlę skany całej korespondencji w tej sprawie. To na wypadek gdyby jednak komuś grożono mandatem. A może jakiś prawnik obeznany w tematyce zechce się wypowiedzieć w tej sprawie? Czekam na opinie.

W mojej opinii wykroczenie to uchodzi Wojciechowi Z. płazem tylko i wyłącznie dlatego, że jego fakt zgłosił niejaki Szymański pracujący dla Imperio Polska. W przeciwnym wypadku sprawa trafiłaby na wokandę SR w Wałczu.

 

*

 

29.07.13. Napad i zastraszenie w związku z publikacją tego pamiętnika

W tym dniu ma miejsce napad na mnie, do którego Z. i jego nowy przyjaciel szykują się od kilku ładnych dni.

Logika nakazuje przyjąć, że na początku Wojciech Z. pokazuje nowemu przyjacielowi, z którym konsumuje od czasu do czasu wyskokowe trunki w okupowanym pawilonie, fragment mojego pamiętnika, w którym wspominam osobę owego napastnika i podaję jego inicjał. Można śmiało domniemywać, że Z. przekonuje następnie człowieka, że jest to strasznie straszna rzecz, że to tak wielka zniewaga, że krwi wręcz wymaga.
Nowy przyjaciel daje się namówić najpierw na kontakt z policją i złożenie doniesienia o zniesławieniu jego osoby i rodziny - mimo, że do tej pory z policją ów człowiek ma kontakty stojąc zdecydowanie po drugiej stronie barykady.

W moim mniemaniu Wojciech Z. wychodzi z założenia, że skoro jemu się nie udało zamknąć mi ryja, to może tym razem się uda - wszak nie będzie już sam, a dwóch pokrzywdzonych to zawsze lepiej, niż jeden.
Prawdopodobnie doniesienie to nie zostaje przyjęte – nie wiem z jakiego powodu oficjalnie, bo formalnie przedmiotowy fragment ze zniesławieniem nie ma nic wspólnego i tylko dzięki pieniackiej naturze Wojciecha Z. dochodzi do rozmowy nowego przyjaciela z policjantem na ten temat.
W każdym razie efekt planu jest taki, że policjant udziela tylko pouczenia jak się takie sprawy załatwia na drodze cywilnej. Sprawa stanęła na tym, że… pozostała nierozwiązana.
Ale tak być nie może... Szymański za mocno bruździ w planach, gnojek ujawnia niewygodne fakty, ilustruje zdjęciami, trzeba mu zamknąć jadaczkę. Dlatego Wojciech Z. musi przekonać nowego przyjaciela, że przecież sprawy nie mogą tak biec, że się człowieka znieważa i nie można dochodzić sprawiedliwości w sądzie – dlatego trzeba komuś spuścić przykładowy wpierd…l! Wnioskując z dotychczasowego postępowania Z. można śmiało przyjąć, że namowy podpiera także różnymi obietnicami, które spełni po odzyskaniu władzy w Zamku, np. zaoferuje stałą pracę albo intratne jednorazowe zlecenie z opcją powtórek.

Nowy przyjaciel Wojtka Z. do tchórzliwych nie należy, w przeciwnym wypadku nie miałby w przeszłości kłopotów z wymiarem sprawiedliwości. Ostatecznie daje się namówić – wszak ten Szymański to leszcz jest i tchórz, wystarczy go lekko klepnąć i wszystko odszczeka, sprawy nie będzie…A w razie czego Z. na pewno pomoże, poprze, zaprzeczy lub będzie świadkować i zeznawać na korzyść napastnika - w zależności od okoliczności.

Skoro tak, to rozpoczyna się polowanie na „magazyniera”

Nowy przyjaciel pana Z. pojawia się przez kilka ostatnich dni w Zamku bacznie się rozglądając i poszukując mojej osoby. Z relacji świadków dowiaduję się, że za każdym razem wyczuwają oni woń alkoholu w pobliżu tego człowieka. Żeby potem nie było kolejnej chęci na oklep – tak twierdzi przynajmniej 3 niezależnych świadków, a ja przytaczam ich słowa… 
Warto w tym miejscu wspomnieć, że myśliwy kompletnie mnie nie zna i nie ma pojęcia jak wyglądam - i vice versa, znam tylko jego sylwetkę przemykającą od wielu tygodni przez bramę do pawilonu okupowanego przez Z.
Jedyna jego wiedza na mój temat: poruszam się skuterem i zwykle wyjeżdżam z Zamku o 19:07. Skąd taka godzina, to nie wiem – coś pewnie kiedyś Z. wspominał i utkwiło to w pamięci nowego przyjaciela. W każdym razie aby mnie ustrzelić, musi mu ktoś dosłownie palcem wskazać do kogo podejść.

Przez kilka dni polowania myśliwy ma pecha, bo albo nie ma mnie na miejscu (gdzieś robię zakupy albo załatwiam jakieś sprawy), albo mam wolne. Któregoś dnia jednak udaje mu się mnie namierzyć korzystając rzekomo ze specjalnie w tym celu wziętego wolnego. W mojej opinii – akurat jest w domu i dostaje cynk od Z., że magazynier jest na miejscu.
W momencie, gdy przychodzi do Zamku, jestem na mieście i robię zakupy na wyżywienie gości. Postanawia zaczekać. Kilka sekund po minięciu przeze mnie bramy otrzymuje SMS - nie trudno zgadnąć od kogo.
Po jego odczytaniu rzuca recepcjonistce, że właśnie przyjechałem, więc on wychodzi na spotkanie… Parkuję skuterka za basztą zachodnią i idę w kierunku dziedzińca. W tym momencie ze schodów pawilonu zbiega Wojciech Z. i zaczyna przyglądać się zdarzeniom przed dziedzińcem... A z tego właśnie zeskakuje nowy przyjaciel Wojciecha Z. w roli myśliwego pytając czy jestem magazynierem… Mówię, że tak, choć formalnie od wielu miesięcy jestem recepcjonistą z mocno poszerzonym zakresem obowiązków, o czym Z. nie wie i opowiadając o mnie mówi zawsze „magazynier”.
Myślę, że każdy, kto czytał niniejszy pamiętnik dojdzie samodzielnie do wniosku, że jak na magazyniera to trochę za dużo innej, niż magazynowa, pracy wykonuję - za dużo mam wiedzy wykraczającej poza zwykłego wydawacza towaru i liczykrupę.
Ale wróćmy do tematu. Leci więc przyjaciel Wojciecha Z. na mnie, nabiera rozpędu i chce uderzyć – jak to się mówi – z bani. Nie do końca wiem w co celuje, bo ustępuję mu nieco miejsca i w efekcie napastnik wykonuje dosłownie ukłon…

Na tym bezpośrednia napaść się kończy, zaczyna się wyjaśnianie kto zacz - musimy się sobie przedstawić, bo się wcześniej nie znaliśmy. Następnie wyjaśnia się dlaczego tu jest ów myśliwy - oczywiście nie wspominając nic o podżeganiach Wojciecha Z. informuje mnie jak bardzo czuje się źle z powodu wmieszania jego osoby, a szczególnie rodziny, w konflikt na linii SARP – Imperio, informuje, że rodzina czuje się urażona użytym przeze mnie określeniem, co ze mnie za dziennikarz, skoro go nie znam, a opisuję, na koniec domaga się usunięcia jego osoby z mojego pamiętnika, bo jak nie, to przyjdą po mnie do Zamku albo do Mielęcina jego koledzy albo on sam dokona egzekucji, bo z jego kalkulacji wynika, że za zabicie człowieka posiedzi bodajże 16 lat i potem wyjdzie, a sprawiedliwości przecież stanie się zadość. No fajnie. Emerytury nie doczekam....

Zatem oficjalnym pretekstem do napadu i pobicia jest wielka obraza na użyte przeze mnie pewne określenie, wciąganie siłą w konflikt pomiędzy SARP i Imperio (bardzo płynnie i bez zniekształceń te nazwy wymawia, aczkolwiek argument kompletnie pozbawiony sensu – nie dziwi mnie to skoro tak Z. twierdzi, aby podnieść rangę działania). I na koniec jeszcze ostracyzm społeczny polegający na rzekomym wytykaniu palcami po pojawieniu się mojej publikacji, choć obaj doskonale już wiemy, że wytykanie palcami jeżeli już ma miejsce, to związane jest z poprzednim miejscem zamieszkania napastnika oraz jego przeszłością. Od przeszłości nie da się odciąć, nawet jeżeli teraz człowiek stara się z całych sił być praworządnym obywatelem, kochającym rodzinę i szanującym swoje miejsce zamieszkania. Niestety, ma pecha - poznaje kiedyś Wojciecha Z. i z tego powodu przeszłość wraca... Może czytając ten ustęp zrozumie, że jest to błąd? Odrobina drewna z zamkowego parku i obietnice bez pokrycia - czy dla tej materii warto się narażać?

W międzyczasie przychodzi też żona napastnika, którą w przeciwieństwie do męża, po pierwszych kilku zdaniach uznaję za osobę rozsądną i szczerze zatroskaną o dobro rodziny, aczkolwiek też pod silnym wpływem i zmanipulowaną przez Wojciecha Z. Dlatego nie dziwię się, że mężowi pozwala na takie zachowania, ale dobrze też wiem, jak bardzo Z. potrafi wpłynąć na ludzi, zwłaszcza jeżeli uda mu się ich w jakiś sposób od siebie uzależnić, np. tytułując się nadal dyrektorem Zamku i z tej racji oferując konkretne profity gdy tylko odzyska Zamek, gdy tylko jego urojenia o objęciu funkcji dyrektora zostaną urzeczywistnione.

To głównie za sprawą rozmowy z żoną napastnika decyduję, że dla spokoju wszystkich usunę wszelkie informacje o nich umożliwiające jakąkolwiek identyfikację tych osób. Pozostaną jednie nowymi przyjaciółmi Wojciecha Z. i osobami, niczym więcej. W ten sposób powinno się  skończyć rzekome wytykanie palcami, które stanowi ich największy problem i jest rzekomym pierwszorzędnym powodem do tego bezprawia, jakim jest opisywana napaść.
W dalszym ciągu nasz drogi Tuczynianin, Wojtuś Z. obserwuje pilnie zajście i przeżywa orgazmy mentalne sądząc, że solidnie dowala właśnie wrednemu Szymańskiemu, który za chwilę podkuli ogon i z piskiem ucieknie do budy nie wyściubiając z niej nosa przynajmniej przez kilka następnych lat... 

Na początku spotkania z napastnikiem osoby przebywające w kuchni odnosząc wrażenie, że jestem silnie uderzony, alarmują recepcję, a ta z kolei wzywa na miejsce Policję. Zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem, choć z drugiej strony niech już sobie ta notatka z zajścia będzie w archiwach policyjnych – to na wypadek, gdyby Wojciech Z. twierdził, że nigdy takie zdarzenie nie miało miejsca i nie było ku niemu żadnych powodów. Można udowodnić, że powodu do napaści nie było, bo nie było. Ale zawsze jest ten felerny SMS wysłany z numeru komórkowego Wojciecha Z. pod numer napastnika. Nie wystarczy po tym zmienić numer telefon i kartę SIM - oprócz treści wiadomości zapisana jest też lokalizacja miejsca wysłania wiadomości oparta o system triangulacyjny przekaźników BTS.
Prokuratura w razie potrzeby wskaże palcem kto, co, gdzie i do kogo napisał. Ach, ten jeden cholerny SMS... Ach, ten jeden Szymański mający wiedzę jak działa telefonia komórkowa... Ach, ten jego pamiętnik...

Kiedy wszystko dobiega końca, przyjaciel Wojciecha Z. radośnie pozdrawia go idąc w kierunku bramy, po czym rozmawiają ze sobą chwilę. Ja w tym czasie informuję przybyłego Policjanta o genezie tego zajścia i poczynionych obserwacjach, w tym o wyjściu Z. z pawilonu i przyglądaniu się akcji... Gratuluję sprytu, panie Z. Mistrzostwo świata – jak powiada mój kuzyn. Nie powiadomienie Policji o mającym właśnie napadzie jest karalne. No chyba, że samemu się ten napad zorganizowało...

W ten oto sposób Wojciech Z. – ponad wszelką wątpliwość nasyłając na mnie napastnika celem fizycznej napaści - staje się dla mnie zwykłym, pospolitym bandziorem, bez względu na stopień skomplikowania jego pomysłu. W ten także sposób wytrąca sobie z ręki wszelkie argumenty przeciwko mnie, albowiem każdy, kto podnosi rękę na innego człowieka, dowodzi w ten sposób brak jakichkolwiek innych argumentów.
Parafrazując tekst K. Wojewódzkiego (akurat napad na niego był fikcyjny, ale komentarz fajny) mogę w tej chwili powiedzieć, że

„tamtego dnia elegancko wstawiony i ewidentnie pozbawiony poczucia humoru mężczyzna zaatakował mnie z dokładnie zidentyfikowanych powodów, co jest dosyć symptomatyczne. Niestety nie chciał zgodnie z prawdą umotywować swego czynu, bo jego przyjaciel - Wojciech Z. - ma już dziś wystarczająco dużo kłopotów. Poważnie rzecz biorąc, czuję się doceniony jako autor pamiętnika. Doceniam także fakt, do jakiego momentu doszedł dyskurs pomiędzy Wojciechem Z. i Imperio. Pasożytowi żerującemu obecnie na SARP gratuluję, że zrobił ze mnie męczennika”.

W trakcie tego zdarzenia oraz okazjonalnych wymian zdań z Z. w czasie comiesięcznych kontroli stanu technicznego Zamku przewija się bardzo często pojęcie nierzetelnego dziennikarstwa, którego się rzekomo notorycznie dopuszczam.
Otóż Wojciech Z. z niewiadomych dla mnie powodów uważa, że jestem dziennikarzem, a mój pamiętnik za artykuł prasowy. Wierzy w ten swój wymysł tak bardzo, że dzieli się nim z każdym jako rzeczą pewną i sprawdzoną, dzięki czemu uzyskuje propagandowy efekt w postaci reakcji słuchacza w rodzaju „tak pisze dziennikarz? Niemożliwe! Do sądu z nim!”.
Z. zapewne uważa, że skoro moja witryna jest sądownie zarejestrowana jako czasopismo, to automatycznie staję się dziennikarzem. Osobiście nie wiem co ma piernik do wiatraka poza tym, że wiatrak może się spierniczyć. Nie pierwszy to jednak i nie ostatni irracjonalny wymysł Z., który żyje drugim życiem w świadomości wielu ludzi, którzy stykają się z nim na co dzień czy od czasu do czasu, zwłaszcza mam tu na myśli środowisko SARP.

Po wydarzeniach z 29.07.2013 r. Wojciech Z. awansuje w moim prywatnym rankingu na poziom „pospolity bandzior”. Przypomnę jeszcze panu Z. pewną zasadę: podżeganie do przestępstwa jest karane na równi ze sprawstwem. Opisane wyżej zdarzenia potwierdzają zasadność użytych słów w tej części pamiętnika, która została zmieniona na prośbę i groźbę zainteresowanych. Kto czytał przed zmianami, ten już wie, że piszę jak jest.

Ciekaw jestem kiedy większość zarządu SARP pójdzie po rozum do głowy i ostatecznie stwierdzi, że Z. w Tucznie to największa pomyłka Stowarzyszenia w jego dziejach. Takich jaj, aby pospolity bandzior reprezentował Stowarzyszenie, jeszcze nie było.
Proponuję też w tej chwili policzyć koszty, czyli wszystkie faktury, jakie wpłynęły do działu księgowości i wystawione były przez firmę Lexor czy w związku z działalnością Wojciecha Z. Proponuję też policzyć faktury, jakie wystawione zostały przez mecenas SARP w związku z konfliktem sprowokowanym prze Z. i różnymi późniejszymi sprawami sądowymi dotyczącymi Zamku i jego pracowników. Podejrzewam, że z Tuczna wpłynęło ponadto kilka innych faktur od innych podmiotów, które rzekomo wykonywały jakieś usługi czy prace na rzecz Zamku. Proponuję to sprawdzić.
Myślę, że suma wydatków już zdecydowanie grubo przekroczyła 100.000 zł. Niezła kwota wychodzi, prawda? Cały zysk SARP z 2012 i 2013 roku poszedł na Z. i kancelarię czy może zostało z 10 tys. zł w zapasie na 2014 rok?

 

*

 

30.07.13. Montaż licznika.

Od tego dnia Wojciech Z. może korzystać z prądu bez limitów. Dostaje swój własny licznik – własny, w sensie: oddzielny. Licznik tak czy siak zarejestrowany jest na SARP i to Stowarzyszenie będzie płacić za to, co zużyje Z.
Z. jedynie w końcu zmienia też taryfę z budowlanej na zwykłą. Prąd budowlany Z. podłącza sobie w sierpniu ubiegłego roku, kiedy to Imperio Polska powiedziało w końcu „dość!” złodziejowi i odłączyło go od sieci.

Pomysł wtedy Z. ma dobry – budowlany przyłączany jest niemal od ręki przez operatora. Na zwykłe przyłącze czeka się często tygodniami. Jedyny problem to zużycie – do pewnej, określonej umową ilości kWh energia elektryczna kosztuje podobnie, jak w przypadku zwykłej taryfy. Operatorzy tutaj różnie sobie liczą – u jednych jest ona nieznacznie droższa, u innych nieznacznie tańsza. U wszystkich jednak obowiązuje jedna zasada – po przekroczeniu limitu cena energii staje się bardzo wysoka! Dlatego trzeba mieć tę niedogodność na uwadze, nie przesadzać i pilnować się.

Od końca lipca 2013 Wojciech Z. może już zapomnieć o ograniczeniach, o ile w ogóle o nich w jakiś sposób myśli. W normalnej taryfie nie ma limitów, cena kWh jest stała bez względu na zużycie. Można się grzać i oświetlać ile wlezie, zwłaszcza, że za wszystko przecież płaci SARP! Dla Wojciecha Z. stowarzyszenie jest kolejną dojną krową po spółce Imperio. Płaci mu nie tylko za to, że tu po prostu jest, ale pokrywa także koszty tego pobytu. Za wyjątkiem kosztów wody i ścieków, które nadal ponoszone są przez Imperio, aczkolwiek są to kwoty tak nieznaczne, że spółka macha na to ręką.

Żeby było śmieszniej, Z. wymyśla i domaga się co raz więcej. Dziwnym trafem zarząd Stowarzyszenia podporządkowuje się jego żądaniom… No, ten umowny limit na zużycie prądu to może pierwszy ruch we właściwym kierunku, ale w sumie co z niego wynika? Z. go przekroczy, a SARP i tak będzie musiał zapłacić fakturę z Enei w całości. "No, no there's no limit!" - jak kiedyś śpiewało 2Unlimited dla dancefloorowców, a dziś śpiewa Wojciechowi Z. prezes SARP...

Z dedykacją dla Zarządu SARP od Wojciecha Z. za moim pośrednictwem: