Współczesna historia Zamku Tuczno - cz. 3

ROK 2010

 

 

1.05.2010. Rok po wejściu w życie umowy dzierżawy Zamku.

Tego dnia – dokładnie rok od chwili wejścia w życie umowy dzierżawy Zamku - spółka Imperio Polska zawiera z Wojciechem Z. (poleconym zarządowi przez wspólnego znajomego) ustną umowę o pracę na pół etatu (płaca minimalna) w charakterze kierownika Zamku Tuczno.
Jednocześnie zawarta zostaje druga ustna umowa - o zarządzanie obiektem, tym razem ze spółką Lexor z Sosnowca, której właścicielką jest Anna S., partnerka Wojciecha Z.
Wszystko zostaje w rodzinie.

Lexor - faktura

Zgodnie z nią każdego 1-szego dnia miesiąca Lexor będzie wystawiał spółce Imperio fakturę na kwotę 4.000 zł z dużym hakiem brutto za zarządzanie obiektem.

Dwie umowy mają pomóc odbić się od dna Wojciechowi Z. – zbankrutowanemu przedsiębiorcy ze Śląska, ściganemu przez wierzycieli, komorników i m.in. bielski Urząd Skarbowy. Dzięki temu rozwiązaniu posiada oficjalne zatrudnienie i związane z tym ubezpieczenie, a jednocześnie komornik może na jego koncie zajmować groszowe kwoty, o ile cokolwiek.

Jednocześnie pracując legalnie na ½ etatu osiąga w rzeczywistości dochód netto znacznie przekraczający średnią krajową brutto! Warto w tym miejscu wspomnieć, że o ile początkowo kupuje różne osobiste artykuły pierwszej potrzeby samodzielnie, o tyle po kilku miesiącach – po sprowadzeniu swojej rodziny – wszyscy żyją już całkowicie na koszt zatrudniającej Z. spółki bez względu na sowite jak na polskie warunki wynagrodzenie. Obserwując zachowanie Anny S., partnerki kierownika obiektu, z czasem wszyscy pracownicy spółki zaczynają głęboko wierzyć w słuszność przysłowia „gdzie diabeł nie może tam babę pośle”.

Kilka tygodni wcześniej Wojciech Z. pojawia się w Tucznie, by zobaczyć miejsce, w którym ma pracować. Co ciekawe, nie wzbudza ono w nim początkowo pozytywnych uczuć i wyjeżdżając nie deklaruje myśli o powrocie. Jednak zapewne po rozmowach ze swoją partnerką i renegocjacjach warunków zatrudnienia dziś mamy sytuację zgoła odwrotną – zdecydowane deklaracje, że nigdy się stąd nie ruszy.
Z pewnych źródeł wiadomo, że nie ma dokąd ani jak. Z. sam nieraz podnosi jako ciekawostkę opowiadaną podczas licznych i suto zakrapianych imprez, że „na Śląsku jest spalony” i nie posiada absolutnie żadnego majątku (zwłaszcza po sprzedaniu udziałów w spółce Exor), co akurat jest dla niego bardzo korzystnym rozwiązaniem, albowiem egzekucje komornicze od tego czasu są w jego przypadku absolutnie niewykonalne – może naciągać kogokolwiek zechce i nikt mu nic nie zrobi.
Ostatnią rzeczą, jaką udaje się komuś odzyskać od Wojciecha Z. to leasingowe przezeń auto, citroen berlingo, które pewnego wiosennego dnia 2011 roku na parkingu przed Zamkiem rekwiruje najprawdopodobniej firma windykacyjna. Pracownicy Imperio Polska z okien Zamku obserwują z niedowierzaniem jak Wojciech Z. w kilka minut zmuszony jest opróżnić auto… Dziwią się, że nie jest w stanie zachować przywłaszczonego mienia dobrze im już znanym krzykiem, machaniem rękoma imitującym lot nietoperza czy wiszeniem godzinami na telefonie.

Wracając do korzeni - po zawarciu umowy ze spółką Imperio Polska Wojciech Z. zamieszkuje (natenczas sam) w użyczonym mu przez nią hotelowym studio B mieszczącym się na parterze budynku administracyjno-gospodarczego, od strony bramy.

Początkowo wykazuje spory entuzjazm pracą, snuje śmiałe i dalekosiężne wizje i plany, czuje się od niego optymizm i chęć do działania w kierunku rozwoju Zamku.

Na ten optymistyczny okres przypada czas, kiedy zatrudnienie w Zamku znajduje autor niniejszego materiału – jest to pierwsza dekada czerwca 2010, po spędzeniu w Zamku kilku tzw. dni testowych.
Podczas rozmowy kwalifikacyjnej i przez kilka pierwszych miesięcy pracy również odnosi wrażenie, że Wojciech Z. jest idealnym pracodawcą.

Wobec niego zawsze miły, uśmiechnięty, z rozmów z nim wynika, że trafił właśnie w najlepsze miejsce pod słońcem, że czeka ich świetlana przyszłość, stabilna, ciekawa i popłatna praca. Zostaje początkowo posadzony w Recepcji Zamku, by po kilku tygodniach zostać przeniesionym na zaplecze w charakterze magazyniera i zaopatrzeniowca, jednak nie ze względu na brak kompetencji, ale na pojawienie się wakatu na tym stanowisku i jego dotychczasowe doświadczenie zawodowe.

Od tej chwili autor niniejszego materiału dla łatwiejszego wyrażania swoich myśli będzie mówił o sobie w pierwszej osobie.

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej zauważam, że Wojciech Z. szczególnie interesuje się moją poprzednią, wieloletnią pracą w hipermarkecie Selgros pod Wrocławiem, gdzie miałem dostęp do m.in. drobnego towaru wystawionego do sprzedaży, jak i zmagazynowanego. Upewnia się, że rezygnacja z pracy w postaci rozwiązania umowy za porozumieniem stron nie była spowodowana moją kradzieżą, lecz faktycznie wymuszona utratą możliwości dalszego zamieszkiwania we Wrocławiu - wynajmowane przeze mnie po znajomości pomieszczenie od Roberta P. na ulicy Drukarskiej we Wrocławiu miało być sprzedane, a ówczesne zarobki nie pozwalały absolutnie na wynajem innego lokalu po cenach wolnorynkowych.

Wówczas nie zwracam szczególnej uwagi na podejrzenia Z. o kradzieże traktując wszystko jako typowy element rozmowy kwalifikacyjnej. Pamiętam za to dokładnie jego przestrogi o złodziejskich praktykach w kuchni w dniu, w którym proponuje mi objęcie stanowiska magazyniera i zaopatrzeniowca. Informuje o istnieniu w Zamku czegoś na kształt mafii kuchennej, gdzie wszyscy wszystko masowo kradną i wynoszą, niektórzy przyjmują dostawy z hurtowni w domach, a z racji rodzinnych powiązań wszyscy kryją wszystkich.

Nie ulega wątpliwości, że zdarzają się w Zamku od czasu do czasu przypadki drobnych kradzieży w postaci np. kawałka mięsa - jak w każdym ośrodku tego rodzaju czy zakładzie pracy. Czarne owce znaleźć można wszędzie, nie wpływają one jednak znacząco na ciągłość produkcji i zdarzenia z ich udziałem można zmarginalizować szukając metod obrony niejako przy okazji.
Jednakże podnoszenie tego problemu aż do rangi działalności mafijnej już wówczas wydaje mi się lekko przesadzone.

W późniejszym czasie przekonuję się, że problem złodziei jest w oczach Wojciecha Z. ogromnym problemem o zasięgu regionalnym, bowiem wg coraz częściej powtarzanych przezeń słów - pozostali mieszkańcy Tuczna także czekają na okazję, by cokolwiek ukraść. Twierdzi wręcz jawnie i dosłownie, iż „jeżeli mieszkaniec Tuczna raz dziennie czegoś nie ukradnie, to nie jest sobą.”

 

Oto i przykłady:

  • kasjerki i sklepikarze zafałszowują rachunki (np. w markecie L. w Tucznie pracownice wspominają Z. jako bardzo głośnego, nerwowego i bardzo nieprzyjemnego klienta często bezpodstawnie awanturującego się przy kasach)
  • większość firm produkcyjno-usługowo-handlowych w promieniu co najmniej 200 km (szczególnie serwisanci urządzeń, elektrycy, hydraulicy – podczas wystąpienia różnych awarii na terenie Zamku zleca mi wzywanie specjalistów jednocześnie zaznaczając do których nie dzwonić, bowiem są złodziejami)
  • urzędy i instytucje także kradną, zwłaszcza ZGKiM oraz UMiG w Tucznie (awanturę o to Wojciech Z. urządza któregoś dnia w 2011 roku kasjerce urzędu – kiedy przynoszę tam później swoje pełnomocnictwo do wnoszenia opłat w imieniu spółki Imperio, kasjerka cieszy się, że od teraz nie będzie musiała kontaktować się z tym „strasznym człowiekiem”, zaś ja poczuwając się do obowiązku przepraszam ją za zachowanie szefa nie wdając się w dalsze szczegóły – wiem jednak z opowieści innych świadków zdarzenia, że awanturę w kasie Wojciech Z. sam wywołał oskarżając UMiG o okradanie „jego” firmy, tj. Imperio Polska ).

Mniej więcej do połowy 2011 roku zastanawiam się czy i mnie Wojciech Z. także uważa za notorycznego złodzieja, bowiem na co dzień wygląda to jakby darzył mnie wyjątkowym zaufaniem. Ale to ja tracę do Wojciecha Z. zaufanie, co owocuje złożeniem przeze mnie wypowiedzenia w dniu 11.07.2011. Postanawiam opuścić to nieprzyjazne miejsce, jakim Zamek stał się w ciągu kilkunastu miesięcy rządów Wojciecha Z.

Pytanie: co powoduje, że w ciągu roku z miejsca pracy najlepszego pod słońcem Zamek staje się przykrym i coraz bardziej wstydliwym obowiązkiem? Odpowiedź: agresja Wojciecha Z. katalizowana przez partnerkę, Annę S., oraz ich skłonność do autorytarnych, wręcz despotycznych i tyranicznych rządów wraz z przywłaszczaniem sobie wszystkiego, co wpada im w ręce w myśl zasady: „bo mi się należy”.

Jak wspomniano wcześniej, do końca 2010 roku Wojciech Z. zachowuje się poprawnie, bardzo zauważalna zmiana następuje dokładnie w miesiącu, w którym ściąga do siebie partnerkę oraz wspólne dziecko. O ile do tej pory Z. bardzo rzadko pokrzykuje na pracowników i raczej nigdy na gości, o tyle z tygodnia na tydzień staje się coraz bardziej agresywny i pretensjonalnie nastawiony - aż do momentu, gdy wrzaski rozpoczynają i kończą niemal każdy dzień.
Kilka awantur na dobę o większe czy mniejsze błahostki stają się regułą, do wyjątków należą dni, kiedy w kuchni czy na recepcji jest spokój – a i to zazwyczaj tylko w dniach, kiedy nie ma pracowników z powodu chwilowego braku gości. Gościom także nie pobłaża.

Eskalacja agresji oraz przywłaszczeń gotówki i towarów, po części za namową Anny S., następuje w 2011 roku, o czym mowa będzie w dalszej części niniejszego materiału.

 


CZYTAJ DALEJ>>>>