Ta strona używa plików cookie w celach statystycznych oraz opcjonalnie do wyświetlania spersonalizowanych reklam. Kliknij zielony przycisk aby zamknąć ten komunikat:

Współczesna historia Zamku Tuczno - cz. 4

ROK 2011

 

Styczeń 2011. Wojciech Z. zaprzestaje opłacania składek ZUS.

W tym miesiącu Wojciech Z. podejmuje decyzję o nie przelewaniu na konto ZUS składek pracowniczych, aby zaoszczędzić nieco na kosztach w trudnym, zimowym okresie.

Mimo, że każdego następnego miesiąca otrzymuje od księgowej, Rusłany C., zestawienia należności względem ubezpieczyciela, nigdy już więcej nie wykonuje żadnego przelewu do ZUS, co generuje świadome zadłużenie spółki Imperio Polska. Jako że obowiązki związane z regulowaniem świadczeń pracowniczych scedowane są na Wojciecha Z. posiadającego nieograniczony dostęp do firmowego konta, zaś księgowość prowadzona jest na miejscu, a wszelka korespondencja trafia do Zamku, zarząd spółki Imperio Polska najwyraźniej nie ma świadomości pogłębiającego się zadłużenia i pozostaje w tej nieświadomości do czasu wybuchu konfliktu na linii dyscyplinarnie zwolnionego z pracy Z. i spółki, który własne zaniechanie przypisuje ogólnie spółce usiłując uczynić zeń kartę przetargową i jeden z filarów propagandy nieprzychylnej Imperio Polska kreowanej w późniejszym czasie.

W czasie jednej z rozmów w 2012 roku przyznaje, że decyzję o zaprzestaniu opłacania składek podejmuje świadomie, ale rzekomo wynika to z nakazu nałożonego na niego przez zarząd Imperio. Zważywszy na zamiłowanie Z. do kłamania we własnej obronie i odwracania od siebie uwagi poprzez oczernianie innych osób i podmiotów, tłumaczenie to wydaje mi się wyjątkowo mało wiarygodne.

W późniejszym czasie Wojciech Z. przekazuje Zarządowi SARP (tj. Mariuszowi Ś.) informację, jakoby Imperio Polska nigdy nie opłacało składek ZUS, co stanowi jednym z licznych, spreparowanych przezeń argumentów dowodzących zasadności interwencji SARP zmierzającej do odebrania Zamku i przede wszystkim przekazaniu mu osobistej, całkowitej kontroli nad obiektem. Zarzut ten powtarzany jest później wielokrotnie w wywiadach z mediami, pomimo kłamstwa per se. Obaj liczą na medialny efekt dzięki chwytliwemu społecznie argumentowi za określeniem Imperio zepsutą do szpiku kości firmą.
Dlaczego argument ów jest spreparowany?

Wojciech Z. ukrywa fakt, że zaprzestaje opłacania składek ZUS dopiero w styczniu 2011 roku jednocześnie oświadczając, że proceder ten trwa od samego początku, czyli od maja 2009 roku, a winnym tego jest wyłącznie spółka Imperio Polska, mimo że to on sam odpowiedzialny jest za regulowanie tej należności. Taki tok wydarzeń potwierdzają wyciągi z mojego konta emerytalnego.

*

12.04.2011. (Data wg faktury). Wojciech Z. na odcinku kilkudziesięciu metrów kostki brukowej i przyciętego trawnika bezpowrotnie gubi nowy telefon wraz z pudełkiem.

Wojciech Z. otrzymuje nowy telefon służbowy, Nokię N8. Ze względu na rodzaj umowy z operatorem telefon kosztuje 1 zł, jakkolwiek jego rynkowa wartość to wówczas ok. 1.400 zł. Kierownik Zamku znika wkrótce z telefonem w pudełku i już nigdy więcej nikt ich razem nie widzi.

Wezwany do zdania aparatu, jak i pozostałego mienia spółki tuż po zerwaniu przez Imperio umowy z Lexor o zarządzanie obiektem, mataczy, lawiruje i ostatecznie odmawia. Oskarżony w 2012 roku o przywłaszczenie mienia zeznaje, że telefon ten… zgubił!

Istnieją jednak poszlaki wskazujące na sprzedaż aparatu. Pojawiają się niepotwierdzone informacje o aukcji na portalu Allegro wystawionej przez l…s, sprzedawcę zegarków z wyższej półki związanego bezpośrednio z Wojciechem Z., której dziś już nie można odtworzyć – w niezależnych od portalu archiwach akurat brakuje szczegółów jedynej sprzedaży dokonanej w maju 2011 roku, która właśnie może dotyczyć tego telefonu. Prawdopodobnie sprzedaż odbyła się tak szybko, że boty archiwizacyjne nie zdążyły przetworzyć i zapisać jej treści.

*

30.04.11. Masowy wysyp negatywnych komentarzy na temat „dyrektora Zamku” w Internecie.

W Internecie zaczynają pojawiać się bardzo niekorzystne komentarze o Zamku i jego kadrze kierowniczej pozbawionej profesjonalizmu i kultury (przykład: http://forum.rezerwuje.pl/topic/499-zamek-tuczno/). O Wojciechu Z. szeroko rozpisuje się lokalna społeczność na nie istniejącej już witrynie www.tuczno.net, najczęściej pojawiające się określenia kierownika Zamku to „pijak, gbur i cham”. Witryna ta należy do ówczesnego kolegi pana Z., Marka G., lokalnego przedsiębiorcy i animatora kultury. Panowie ci we własnym towarzystwie opróżniwszy na koszt Imperio Polska dziesiątki butelek whisky i piwa w tamtym czasie są bliskimi kumplami – stąd nie ma najmniejszych wątpliwości, iż za namową Wojciecha Z. Marek G. witrynę pod pretekstem niskiego poziomu kultury likwiduje, mimo że jest ostatnimi czasy chętnie i często odwiedzana, o co zabiega każdy administrator każdej witryny. Owszem, z niskim poziomem kultury wszyscy możemy się zgodzić, ale zdecydowanie nie w kontekście witryny, o czym będzie mowa dalej.

Niestety, w internetowym archiwum WayBackMachine (link: http://wayback.archive.org/web/*/http://tuczno.net) ostatnia kopia wpisów pochodzi z września 2010, toteż na chwilę obecną nie ma możliwości zapoznania się z treścią interesujących postów. Być może jednak czekają one na przetworzenie, bowiem ostatni zrzut strony głównej pochodzi z września 2011 roku, możliwe zatem, że jeszcze będzie okazja przeczytać co o Wojciechu Z. w tamtym czasie myśleli autentyczni Tuczynianie (nie zaś on sam takim pseudonimem podpisujący się w Internecie od 2012 roku).

*

Wiosna 2011. Trudności zaopatrzeniowe powodowane przez Wojciecha Z.

Zamek po słabym (ale nie martwym) okresie zimowym jest w pewnym stopniu zadłużony u części okolicznych hurtowni i dostawców mediów, co jest spowodowane polityką finansową Wojciecha Z.

Na okres zimowy otrzymuję nakaz zamawiania towaru wyłącznie na odroczone terminy płatności. W uzasadnieniu Z. twierdzi, iż po uregulowaniu przez gości należności za zrealizowane imprezy będzie możliwość zapłaty za dostarczony towar. Uzasadnienie logiczne, jednakże z perspektywy czasu wymaga podważenia tezą, iż Z. obawia się w tamtym czasie, że zabraknie pieniędzy na jego wynagrodzenie, wyżywienie, zakupy i rachunki, które są przezeń traktowane jako koszty Imperio Polska, w tym takie, jak zakup obuwia sportowego jako roboczego, skarpetek, czasopism czy potrzebnego mu w danej chwili wyposażenia zajmowanego z rodziną pokoju hotelowego.
Wysokość jego wynagrodzenia pozwala na początku 2011 roku na kompleksowe obsłużenie imprezy wartej dla Zamku co najmniej 50 tys. zł. Jednak priorytety są inne.

Na moje informacje i monity o spłatę zadłużenia w hurtowniach, w których zaprzestano obsługiwania zamówień Zamku Tuczno, słyszę jedynie, że hurtownie te nie upadną z powodu Zamku, mogą poczekać, bowiem to my rozdajemy karty wychodząc z pozycji „klienta – pana”, a w tym czasie mam zająć się poszukiwaniem alternatywnych dostawców i cieszyć się faktem, że Zamek uwalnia się od długów poprzez znalezienie innych dostawców, u których jesteśmy „czyści”.

*

Prawdopodobnie maj 2011. Awantura w hurtowni W. i konflikty z innymi dostawcami.

Wojciech Z. urządza karczemną awanturę szefowi nie istniejącej już hurtowni alkoholi W. z Wałcza. Czekam w jej trakcie na moment, kiedy pięści pójdą w ruch, ale szef W. jest nadspodziewanie bardzo opanowany (być może często trafiają mu się tacy klienci), mimo że Z. „drze japę” dokładnie w taki sam sposób, w jaki wydziera się na pracowników zamkowej kuchni.

Podłożem awantury jest odmowa sprzedaży nam za gotówkę 2 kegów piwa ze względu na zadłużenie, którego Z. nie chce uporczywie od kilku miesięcy spłacić, pomimo telefonicznych i listownych monitów z hurtowni W. Kwota zadłużenia jest niewielka, ok. 1500 zł. Najbardziej Wojciecha Z. złości to, że będąc klientem z gotówką w kieszeni nie jest traktowany po pańsku w myśl zasady – „klient, nasz pan”. To jego kardynalna zasada gdy występuje z tej pozycji, lecz - nawiasem mówiąc - gdy role się zamieniają nagle okazuje się, że to on tu rządzi i jeglo klient ma tańczyć tak, jak mu Z. zagra! Tak czy siak – Z. zawsze uważa, że występuje na uprzywilejowanej pozycji.

Wracając do tematu awantury w hurtowni W. - zakup piwa w kegach jest pilny i bezwzględnie konieczny, bowiem na ten dzień Wojciech Z. planuje wieczorem huczne otwarcie baru w Zamku - w Tucznie porozlepiane są już ogłoszenia. Ciekawostką jest jednak, że o całym przedsięwzięciu ja, jako magazynier i zaopatrzeniowiec, dowiaduję się poprzedniego dnia wieczorem, wskutek czego nie ma już możliwości złożenia zamówień na czas, a tam, gdzie taka możliwość występuje – Zamek posiada nieuregulowane z wyboru Z. długi.

W trakcie tejże awantury padają słowa, które do dziś niemal dosłownie pamiętam:

Wojciech Z.:       … tylko prawdziwe bydlę nie pomoże innemu w potrzebie!!!
Hurtownik:         Bydlę to ten, proszę pana, kto bierze towar i nie płaci!
Wojciech Z.:       Nie! Bydlę to ten, kogo pan widzi, jak staje rano przed lustrem!!!

Panowie chwilę jeszcze na siebie pokrzykują, w końcu Z. decyduje, że czas wsiadać do służbowego opla corsy i jechać dalej, bowiem nic tu nie załatwi. Alkohol udaje się ostatecznie nabyć w jednej z większych hurtowni w okolicy Piły, przy czym Z. wydaje nań ponad 1.500 zł z pierwotnie planowanych 300 zł, zaopatrując się głównie w trunki butelkowane i łatwe do wyniesienia z Zamku...

 

W przypadku innej hurtowni, P. z Trzcianki, żadnej scysji nie przypominam sobie, ale napięcie na linii kierowca Krzysztof Z. – Wojciech Z. jest tak wysokie i tak nieuzasadnione, że aż dziwne… Z. każde moje zamówienie na artykuły biurowe i chemiczne nakazuje któregoś dnia przedkładać sobie z wyprzedzeniem (nota bene zwykle wszystkie propozycje akceptuje bez zastrzeżeń), później wielokrotnie informuje mnie o potrzebie zmiany hurtowni chemicznej, na koniec deklaruje, że sam będzie jeździł po tego rodzaju artykuły do marketów w okolicznych miastach...

To nie jest złość, ale wręcz nienawiść absolutnie niczym nieuzasadniona.

Kiedyś w przypływie szczerości uczciwie przyznaje, że po prostu… nie znosi tego określonego kierowcy. Sam nie do końca wie w czym leży problem, ale jego wygląd rozjusza Z.

 

Od mniej więcej lipca 2010 do stycznia 2011 Zamek współpracuje z masarnią N. z Kalisza Pomorskiego w zakresie dostaw mięsa i wędlin – jest to nieduża masarnia znana w okolicy z wysokiej jakości i doskonałego smaku wyrobów oraz terminów dostaw dostosowanych do klienta, co przekłada się także na uznanie zamkowej kuchni w oczach gości ze względu na przygotowywanie potraw ze świeżych produktów wysokiej jakości, pomijając już wyjątkowy kunszt kucharek.
Z wielkim trudem udaje się nawiązać ponowną współpracę, albowiem Zamek natenczas zalega masarni za dostawy z 2009 i początku 2010 roku. Negocjuję korzystne dla obiektu warunki spłaty zadłużenia oraz daję osobiste słowo honoru, że nigdy więcej taka sytuacja się nie zdarzy, w której zalegać będziemy należność za towar. Rozmawiać muszę bezpośrednio z właścicielem, co dla mnie stanowi duży stres ze względu na pozycję, z której występuję, jakkolwiek wydaje się on być bardzo miłym przedsiębiorcą i chętnym do ugody.

Zadłużenie w trakcie następnych miesięcy po zawarciu ugody, po części świadomie bez wiedzy i zgody Z., zostaje uregulowane dzięki moim staraniom.

Niestety, w którymś wiosennym miesiącu 2011 roku Wojciech Z. decyduje, że nie zapłaci za dwie ostatnie dostawy o wartości ok. 3.000 zł, ponieważ – zapytany później – twierdzi, że „są inne, ważniejsze wydatki”. Zostaję zmuszony do nawiązania ponownej współpracy z hurtownią B. T. oferującą mięso i wędliny znacznie gorszej jakości (masowa produkcja przemysłowa).
Warto tu wspomnieć, że do jej wcześniejszego zerwania zmusza mnie nie kto inny, jak Wojciech Z. Powodem jest zniesienie rabatów oraz wystawianie dokumentów WZ zamiast faktur na skutek zadłużenia, do którego doprowadza – nomen omen – W. Z.

Wracając jednak do masarni N. – przez wiele tygodni później po upływie terminu płatności dzwoni się do mnie (także na numer prywatny), z pytaniami i żądaniami dotyczącymi spłaty zadłużenia. Jakkolwiek uznaję je za oczywiste i zasadne, za każdym razem zmuszony jestem kierować księgowość masarni N. do Wojciecha Z., jako jedynej osoby odpowiedzialnej za płatności Zamku. I wówczas każdorazowo słyszę, że tylko ze mną można normalnie porozmawiać, a „z tamtym panem wolimy się nie kontaktować, bo z nim nie da się rozmawiać, krzyczy, jest bardzo nieuprzejmy, jak to w ogóle możliwe, że kiedy grzecznie przypominamy o zaległości i prosimy o zapłatę za dostarczony towar – krzyczy się na nas i traktuje jak złodziei…”.
Ot, pełna charakterystyka Wojciecha Z. oczami dostawców... A ja, świecący przed wszystkimi oczami, co mam do gadania? Marzę o tym, aby zająć jego stanowisko, dogadać się z każdym dostawcą, doprowadzić Zamek do możliwości normalnego funkcjonowania… Ale co ja mogę, taki tu maluczki?

 

Ówczesny przedstawiciel hurtowni A. z Piły, obecnie I. – Łukasz - również zostaje któregoś dnia zrugany przez Wojciecha Z. – a jedyne, czym sobie na to zasługuje, to pytania i propozycje spłaty zadłużenia narosłego w czasie zimy, jak zawsze z powodu zaplanowanego z góry nie regulowania należności przez kierownika Zamku. Wojciech Z. nakazuje mi kategorycznie zmianę dostawcy na innego – w tym wypadku na W. z Chojnic (znalezione przeze mnie), co w opinii Z. pozwoli zaoszczędzić trochę pieniędzy dzięki brakowi potrzeby spłacania zadłużenia względem A.

Niestety, W. to hurtownia o bardzo słabej jakości obsługi klienta, występują tu notoryczne braki zamówionego towaru, często zamówione artykuły dostarczane są w innych – mniejszych lub większych – opakowaniach (towaru bywa za mało/za dużo, płatności są niedoszacowane lub przeszacowane). Na to nie można sobie pozwolić, bowiem grozi to nie wywiązaniem się Zamku z umów zawartych z gośćmi na konkretne menu, toteż kiedy po kilku tygodniach pojawia się przedstawiciel hurtowni A. (wcześniej jest poinformowany o zmianie dostawcy) nawiązujemy ponowną współpracę – negocjuję rabat 15% na niemal wszystkie artykuły oraz możliwość spłaty zadłużenia gotówką w dogodnych dla Zamku ratach i terminach. Uzgodnienia te dokonane zostają w tajemnicy przed Wojciechem Z.

Kiedy widzi on przypadkiem auto dostawcze z hurtowni A., tradycyjnie machając szeroko rękoma udaje się w moim kierunku z pytaniem co tu robi ten samochód. Zaczynam opowieść od rabatu i rat – to uspakaja Z. i pozwala mu pogodzić się z faktem. Myślę dziś, że wówczas uznaje on, iż to my – Zamek - zaczynamy okradać hurtownię, a nie ona nas, a zatem jest dobrze i tak może zostać…

 

W sklepie AGD „U A.” w Tucznie, który prowadzą państwo W., do dziś mnie wypytują jak tam sytuacja w Zamku i „czy ten wariat się już wyniósł”.

W grudniu 2010 rok Wojciech Z. nie mając przy sobie gotówki pobiera na kredyt strój św. Mikołaja o wartości ok. 50 zł – obiecuje zapłacić w dniu odbioru faktury. Strój ma wejść na wyposażenie Zamku, albowiem tego roku w czasie świąt Bożego Narodzenia zaplanowano dla gości atrakcję w postaci pojawienia się Mikołaja rozdającego prezenty. Wojciech Z. zapomina o swojej deklaracji. Podczas odbioru faktury – dość późnej, bo po kilku tygodniach – okazuje się, że należność nie jest jeszcze uregulowana. Z. płaci, aczkolwiek nie obchodzi się bez karczemnej awantury i wyzwisk, w tym typowych z jego ust epitetów „złodzieje, oszuści”, itp. Po powrocie do Zamku kategorycznie zakazuje dokonywania w tym sklepie jakichkolwiek zakupów pod groźbą nie rozliczenia faktur, tzn. pracownik zakupujący tamże towar zmuszony będzie płacić zań z własnej kieszeni i w ten sposób dofinansowywać Zamek.
Ponieważ Z. pobiera bardzo często gotówkę z kasy recepcji nigdy nie zaznaczając nigdzie na jaki cel (co najwyżej deklaruje go ustnie), zaś zakupy robi niemal codziennie, nie ma możliwości obiektywnego stwierdzenia czy faktycznie za strój ten zapłacił dwukrotnie. Pewne jest jednak, że odbierając go w sklepie w grudniu 2010 r. gotówki przy sobie nie posiadał.

*

Lato 2011. Ciąg dalszy awantur u sprzedawców i dostawców.

W sklepie narzędziowo-ogólnobudowlanym „U K.” w Tucznie ma miejsce sytuacja, w której Wojciech Z. koniecznie chce kupić jakiś sprzęt budowlany, ale kiedy podaje parametry, właściciel sklepu stwierdza, że takie urządzenie nie istnieje.

Dzieje się to w czasie remontu sąsiedniego pomieszczenia względem zajmowanego wówczas pokoju przez Wojciecha Z. i jego rodzinę – pomieszczenie zajmowanie przez Z. jest już na tyle przezeń zdewastowane, ze podejmuje decyzję o przeprowadzce. Remont wykonuje jego przyjaciel ściągnięty do Zamku na kilka tygodni ze Śląska, albowiem jak wszem i wobec wiadomo, lokalni fachowcy to sami złodzieje…
Jest to jakiegoś rodzaju urządzenie budowlane, które zaleca mu kupić Wiesław, wykonawca remontu. Przyjaciel nie może się mylić, toteż Z. wykrzykuje w sklepie hasła w rodzaju „nie macie pojęcia o towarze, którym handlujecie”, „jak mówię, że takie coś istnieje, to mówię, ma być to, co jest tu na kartce napisane i nic innego” (nie są to dosłowne cytaty). W skrócie – „ja wiem lepiej, mam tu napisane”.
„U K.” wspomina się tę sytuację bardziej jako anegdotę, bowiem z takimi klientami przyszło już się właścicielom sklepu wielokrotnie spotykać. Nic innego powiedzieć też nie można, skoro Wojciech Z. „U K.” jest wówczas i jeszcze przez długi czas jednym z ważniejszych klientów – po wyremontowaniu i zajęciu drugiego pomieszczenia na parterze rozpoczyna remont trzeciego, największego i najbardziej luksusowego, wydając na materiały i robociznę w sumie w ciągu roku ok. 80 tys. zł z kasy Imperio Polska, z tego znaczną część właśnie w sklepie „U K.”. To wyremontowane na koszt spółki pomieszczenie zajmuje do chwili obecnej wyposażywszy je dodatkowo w meble, urządzenia AGD i RTV na koszt Imperio Polska dopóki ma taką możliwość.

Udziałowcy Imperio Polska nie interweniują w wydatki remontowe nie przewidując w najśmielszych snach, że Wojciech Z. urządza sobie własne mieszkanie na lata. Wygląda to jak zwykła inwestycja w podniesienie standardu pokoi hotelowych, które niebawem powinny zwrócić się z wynajmu…

Jednocześnie w miarę upływu miesięcy 2011 roku narasta pewność siebie i zużycie – co wymaga szczególnego podkreślenie - alkoholu przez Wojciecha Z. oraz jego kompanów, których – z racji pełnionej w Zamku funkcji - ma wielu i niezwykle często zaprasza na imprezy sponsorowane przez Zamek.

Inwentaryzacja alkoholi w Barze Zamkowym na początku 2012 roku wykazuje braki na poziomie 8.000 zł brutto w ciągu 12 miesięcy.

Na żądanie Wojciecha Z. sprawdza się wówczas bardzo dokładnie sprzedaż na wszystkich rolkach z kasy fiskalnej baru zebranych w ciągu roku oraz wszystkie kalkulacje dla grup z całego roku, co jest ekstremalnie żmudnym i czasochłonnym zajęciem. Z. w tym czasie kilkakrotnie kręci się od Recepcji, przez Bar po Magazyny z alkoholami i odgrywa rolę poszukującego wypitych przezeń trunków… Być może też szuka natchnienia dla zbudowania wiarygodnej teorii o brakującym alkoholu? Nie ukrywa się i nie przeczy, że parę razy coś tam było, ale żeby poszło aż tyle picia?
Po sprawdzeniu rolek następuje ponowne przeliczenie stanów magazynowych w Barze. Przy okazji ponownego pobytu komisji inwentaryzacyjnej w podziemiach Zamku zapada decyzja o przeniesieniu pozostających w barowej kasetce pieniędzy do kasy recepcji. Po jej otwarciu następuje szok i konsternacja. Jeszcze 3 dni temu leży tu na stercie monet banknot 100 zł – dziś go nie ma!
Ponieważ w tych dniach do Baru schodzi tylko i wyłączne Wojciech Z. – jak wszyscy sądzili – szukając wyjaśnienia braków, wniosek jest jasny… Osobiście przeżywam rodzaj szoku. Szef od dawna kradnie towary z magazynów i pieniądze z kasy recepcji, ale najczęściej jawnie i motywując to „bo mi się należy” lub „wypisz mi zaliczkę”, z której się nie rozlicza. Uznaję to za nadużycia na stanowisku i na tym koniec. Natomiast tak bezczelna kradzież – haniebne wyjęcie z kasetki banknotu i wsadzenie go do własnej kieszeni - powoduje, że tracę w tym momencie resztki sympatii do Wojciecha Z. i już ostatecznie wiem z kim mam do czynienia.
Nie na darmo jego pies nazywa się Juma – i zgodnie z oczywistym skojarzeniem nie należy tego wiązać z postacią z kreskówką. Ponieważ materiał pisany jest także z myślą o odbiorcach zza granicy Polski (głownie z Niemiec), wyjaśnię tłumaczowi, że słowo „Juma” można wywieść od słowa „Jumać” oznaczającego mniej więcej „kraść poza wszelką kontrolą i wbrew zdrowemu rozsądkowi, zuchwale, na dużą skalę”. Ze względu na istniejącą w języku polskim odmianę wyrazów słowo „juma” tłumaczy się dosłownie „kradnie na potęgę”, „kradnie bez ograniczeń”, „kradnie więcej, niż można sobie wyobrazić”.
Wielu psychologów podnosi, że o charakterze właściciela świadczy jego pies. W tym wypadku imię dość dosłownie charakteryzuje sylwetkę Wojciecha Z. bez względu czy takie nadano celowo czy przypadkiem. Nie będzie żadnym zaskoczeniem autora tego materiału, jeżeli okaże się, że imię to wymyśliła partnerka Z., Anna S., zapamiętana na Górnym Śląsku jako nauczycielka, która swego czasu za żadne skarby świata nie chciała opuścić służbowego mieszkania po utracie pracy. Walczyła o nie zażarcie preparując przez długi czas mniej czy bardziej fikcyjne zarzuty wobec dyrekcji szkoły, która z wielkim trudem ostatecznie pozbyła się pasożyta. W tym wypadku prawo zatriumfowało – czy i tak samo będzie w przypadku Zamku Tuczno? Historia lubi się powtarzać – do tej pory powtórzyła się już pierwsza połowa wydarzeń ze Śląska.

Anna S. tym razem nie popełni tych samych błędów, jakie popełniła na Śląsku, wie już lepiej dzięki osobistemu doświadczeniu jak ukraść mieszkanie i żyć na cudzy koszt. Mając na podorędziu ustosunkowanego w SARP partnera ulegającego jej całkowitemu wpływowi może doskonale manipulować konfliktem i kreować nie tylko medialny szum, ale także okoliczności sprzyjające jest pasożytniczemu życiu w okolicy Zamku.

Całe szczęście dla szkoły w Mirosławcu, że nie miała ona możliwości udostępnienia tej kobiecie mieszkania służbowego, bowiem wówczas materiał ten nigdy by nie powstał, a na pewno nie tyczyłby się Zamku w Tucznie. Warto jednak na koniec charakteryzowania sylwetki Anny S. wspomnieć, że koledzy i koleżanki nauczyciele z Mirosławca wspominają ją jako osobę wyalienowaną, niedostępną, zimną, nietowarzyską, tajemniczą, momentami nieprzyjazną, nie integrującą się z resztą grona pedagogicznego, potocznie mówiąc - dziwną. Z pewną ulgą doczekali końca roku szkolnego i nie przedstawienia jej propozycji dalszej współpracy, o czym opowiadali pół roku po zakończeniu jej współpracy jednej ze znanych im prywatnie pracownic Zamku Tuczno.

W 2012 roku Wojciech Z. publicznie opowiada, iż jego partnerka została wyrzucona z pracy w efekcie zakulisowych działań spółki Imperio Polska, co ma sugerować brudną grę Imperio i pogłębiać kreowany w tym roku mit ofiary prześladowań.

Były kierownik Zamku w swoim zaślepieniu nienawiścią do spółki zapomina, że w owym czasie (połowa 2011 roku) sam jest pracownikiem Imperio na stanowisku kierowniczym i do wybuchu konfliktu jest jeszcze ponad pół roku (choć powoli przygotowuje się do wcielenia swojego planu w życie zbierając różne materiały dotyczące spółki).
Stąd ówcześnie lobbowanie spółki mające na celu doprowadzenie do utraty zatrudnienia przez partnerkę Wojciecha Z. może być przeprowadzone wyłącznie przez niego samego – mimo, że w żaden sposób nie interesuje ani nie leży w interesie Imperio Polska, a tym bardziej nie wydaje się być możliwym w jakikolwiek sposób.

 

Wróćmy jednak do inwentaryzacji - wspomniane wyżej brakujące 8.000 zł jest to kwota łączna wartości zaginionych alkoholi nisko i wysokoprocentowych, jak i win. Nietrudno pracownikom Imperio Polska określić przyczynę braków, skoro wszyscy oni oraz setki gości w ciągu 2011 roku są świadkami nie tylko spożywania, tudzież wynoszenia z magazynów, ale i samodzielnego nalewania sobie w barze piwa, win czy whisky przez gości Wojciech Z., jak i jego samego.
W tym okresie nieraz zdarza się, że Z. sam staje za barem obsługując gości Zamku, za co przyznaje sobie i wypłaca kilkuset złotowe premie! Szczęśliwie obsługa barowa własnych gości nie jest przezeń traktowana jako praca, toteż Zamek „zaoszczędza” trudne do oszacowania sumy – imprezy prywatne Wojciecha Z. w sezonie letnim 2011 odbywają się wszak nawet kilka razy w tygodniu.
poz mniejszymi czy większymi imprezami Z. wielokrotnie zasiada na dziedzińcu zamkowym popołudniami i wieczorami racząc się piwem, co wielu gości irytuje i zmusza do zwracania uwagi w Recepcji na niestosowne zachowanie - jak sądzą - Dyrektora Zamku. Zwykle posiedzenia na dziedzińcu kończy w zajmowanym akurat pomieszczeniu budynku administracyjno-gospodarczym (przez ten rok przewija się przez wszystkie trzy). Efektem tego jest wg wielu świadków, którzy rano, w południe, czasem także po południu widzą niemal każdego dnia Wojciecha Z. wykazującego objawy ustępującego zatrucia alkoholem, czyli mówiąc potocznie: „na kacu”. Jeżeli kac jest silny (Z. ma przekrwione, załzawione oczy, charakterystyczny uśmieszek i ruchy, zgarbioną sylwetkę, pojawia się w Zamku po śniadanie pomiędzy 11:00 a 14:00), w Zamku panuje spokój, albowiem wiadomo jest wówczas pracownikom, że szef tylko zabierze talerze z przygotowanym dla niego i jego rodziny na koszt Imperio Polska posiłkiem i czym prędzej wróci do swojego pokoju hotelowego nie robiąc żadnej awantury.
Jeżeli kac jest niewielki lub Wojciech Z. zdaje się nie wykazywać jego objawów w drodze do Zamku, pracownicy szykują się zawsze na kolejne krzyki i awantury, które… szczęśliwie jednak nie zawsze następują (średnio są to 2 spokojne dni na 7 w tygodniu). Kac za to jest zawsze, większy czy mniejszy, szczególnie pod koniec 2011 roku, kiedy to Wojciech Z. zajmuje się likwidacją o kilka – kilkanaście dni przeterminowanych alkoholi (głównie piwa w butelkach).

*

28.05.2011. Kilkudniowy zjazd absolwentów pewnej uczelni zorganizowany przez Krystynę K., jest kilkudziesięciu gości.

Wojciech Z. wraz z kompanami tego wieczora urządza własną imprezę w zamkowym barze znajdującym się w podziemiach, obok Sali Rycerskiej. Jest to balanga z okazji meczu finałowego Ligi Mistrzów UEFA.

Z Sali Rycerskiej przez bar prowadzi najkrótsza droga do ogólnodostępnej toalety. Kiedy bawiący się goście Zamku udając się do WC zaczynają przechodzić przez bar, gdzie Wojciech Z. przygotowuje się do rozpoczęcia imprezy, tenże wszczyna awantury i nakazuje gościom Zamku chodzenie dookoła, górą, przez dziedziniec zamkowy i hol na parterze, przy czym nie przebiera w słowach. Organizatorka spotkania, Krystyna K. jest zszokowana postawą kierownika Zamku tytułującego się stale dyrektorem, składa formalne zażalenie w Recepcji.

Wg pani K. „ten człowiek jest chamski i arogancki, proszę pomyśleć, on powiedział moim gościom, że mamy tylko jedną salę wynajętą, a on tu właśnie podłącza telewizor na mecz i mają mu tu nie łazić, niech chodzą sobie dziedzińcem, g***o go obchodzi, że tędy jest krócej i lepiej; tu jest bar, tu jest mecz, a oni mają siedzieć w wynajętej sali i nie łazić” (cytat na podstawie notatki pracownika Recepcji).
Dziwne wydaje się więc, że Wojciech Z. zezwala gościom na przechodzenie przez dziedziniec i hol recepcyjny na parterze, skoro nie wykupili dostępu doń… Może chce pokazać, że ma gest? Niech widzą barany kto tu rządzi?

*

05.06.2011. Pierwsza wersja mojego wypowiedzenia umowy o pracę w Zamku.

W okresie zimowym sytuacja wymusza podpisanie przez wszystkich pracowników etatowych aneksu do umowy o pracę, zgodnie z którym na kilka miesięcy czas pracy skrócony jest do ½ etatu. Nikt nie protestuje, bowiem każdy widzi i uznaje zasadność tego rodzaju rozwiązania.
W owym czasie pracownicy uzgadniają z Recepcją dni i godziny, w jakich pojawiać się mają w pracy, bowiem pomimo problemu ogrzewania Zamku po kilka razy na miesiąc pojawiają się mniejsze i większe grupy gości.

Z początkiem 2011 roku otrzymuję zadanie skalkulowania kosztów tzw. „wsadu do kotła” nowego menu, co stanowić ma nie tylko dane czysto statystyczne, ale także umożliwić prawidłowe skalkulowanie cen posiłków na bieżący rok. Jest to zajęcie czasochłonne i wymagające ścisłej współpracy z pracownikami kuchni, zwłaszcza w obliczu braku wcześniejszych opracowań tego rodzaju w wersji elektronicznej.

Każdą pozycję menu należy najpierw rozbić na wszystkie składniki, następnie określić ich ilość zużywaną w trakcie przyrządzania 1 porcji, na koniec wycenić te składniki w oparciu o ostatnie ceny zakupu. Ponieważ w owym czasie nie istnieje w Zamku żaden komputerowy system zarządzania gastronomią, wszystkie dane decyduję się ująć w odpowiednio przygotowanym arkuszu Excel i opracować stosowne formuły automatycznie przeliczające wsad rozbity na poszczególne składniki menu oraz predefiniowane zestawy, w oparciu o wspólną bazę cenową. Z tego względu jestem w Zamku częstym gościem – wolę przyjechać i marznąc w swoim biurze mozolnie wprowadzać dane po 4 godziny dziennie, niż marznąć 8 godzin co drugi dzień.

Niestety, Wojciech Z. uznaje, że moja codzienna obecność w Zamku ma na celu – jak to określa – „nabijanie godzin”, czyli ponadnormatywną pracę na koszt spółki Imperio, co w jego mniemaniu jest także formą kradzieży. Kierownik Zamku nie ma bladego pojęcia o jego funkcjonowaniu w kontekście przydzielania zadań pracownikom i ich wywiązywania się zeń. Wymyśla zasadę, w myśl której pracownicy na terenie Zamku mają przebywać jak najmniej czasu, zaś w przypadku nie wypracowania wymaganej ilości godzin w miesiącu – zostaną one uzupełnione antydatowanymi urlopami. Uzasadnia to – oszczędnościami! Wydaje się nie rozumieć, że pracownik za każdy dzień urlopu otrzymuje normalne wynagrodzenie, jak za dzień pracy – czy zatem nie lepiej, aby przebywał on jednak na terenie Zamku i zajmował się nie mając innych zadań np. sprzątaniem pomieszczeń, niż siedzeniem w domu?

Po kilku rozmowach z Wojciechem Z., gdzie głównym zarzutem jest artykułowanie podniesionym głosem „co ty tu robisz?” i niekwestionowalnych poleceniach powrotu do domu decyduję, że dla świętego spokoju będę pracował nad wsadami właśnie w domu częściowo przenosząc poświęcone na to godziny do druku obecności w pracy (uzgadniam to z ówczesną menadżerką do spraw kadrowych), a częściowo charytatywnie (uzgadniam to z samym sobą).

To rozwiązanie także okazuje się złe. Wojciech Z. czasem miewa problemy ze swoimi komputerami – jako osoba zajmująca się także sprzętem PC w Zamku bywam mu nieraz bardzo potrzebny, aby wytłumaczyć na czym polega dany problem czy pomóc w ściągnięciu i nagraniu na płytę jakiejś pirackiej kopii filmu czy gry.

Zawsze kiedy okazuje się, że jest tego rodzaju problem, a nie ma mnie w Zamku, Wojciech Z. szalenie zirytowany dzwoni na moją prywatną komórkę. Zdarza się to o różnych porach, także po 22:00 – padają nie tylko różne prywatne pytania, ale także formalne i wynikające ze stosunku służbowego groźby i zapowiedzi rozmowy „na dywaniku”… Postanawiam zatem dopisywać w liście obecności daty i godziny planowanego pobytu w Zamku z tygodniowym wyprzedzeniem. Jednak po kolejnych atakach całkowicie rozeznanie w jaki sposób mam pracować. Agresywny i pretensjonalny ton szefa powoduje, że zaczynają pojawiać się pierwsze myśli o rezygnacji z pracy. Zwłaszcza, że powoli zaczynam odkrywać jego nieprzyjemną naturę i miłość do życia w charakterze pasożyta.

Bardzo często przyjeżdżając do pracy rano odkrywam, że Wojciech Z. samodzielnie pobiera bez żadnych notatek różne zmagazynowane produkty, od kukurydzy w puszce, przez zamrożone mięsa, po papier toaletowy. Nie kwestionuję jego rzekomego prawa do takiego zachowania, albowiem zapytany o zaginione produkty jasno mi komunikuje każdorazowo, że zarząd Imperio Polska zezwala mu nie tylko na żywienie siebie (domyśla się, że także własnej rodziny i gości) na koszt Imperio, ale także na korzystanie ze wszystkich produktów. Nawiasem mówiąc pozostali pracownicy z niedowierzaniem przyjmują fakt, że szef nawet papieru toaletowego nie kupuje samodzielnie, lecz wynosi go z zamkowego magazynu… Ostatecznie Wojciech Z. rozzuchwala się na tyle, że wynosi także produkty nie będące artykułami pierwszej potrzeby, a zatem alkohole i elementy wyposażenia, które są mu w danej chwili potrzebne do celów prywatnych. Ogółem wynosi z Zamku sprzęt wart kilka tysięcy zł, zaś wartość przywłaszczonego ostatecznie mienia w całości (licząc także wyposażenie lokalu zakupione przez spółkę) wynosi znacznie ponad 20.000 zł.

Rozmawiając z nim o wynoszeniu produktów z Zamku na początku roku 2011 kilkakrotnie zaznaczam, że nie interesuje mnie prawo czy brak prawa do tego procederu - interesuje mnie tylko odnotowanie tego choćby na kawałku papieru, aby później zdjąć dany produkt ze stanu magazynowego – bez tego będę miał tzw. „manko”. Mimo zgadzania się z moją prośbą na przestrzeni roku 2011 znajduję najwyżej 5 notatek, choć Wojciech Z. pobiera samodzielnie różne zmagazynowane artykuły niezwykle często, zimą niemal codziennie. Co więcej – któregoś dnia nakazuje takie konfekcjonowanie zamrażanych mięs, aby jedna paczka odpowiadała jego dziennemu zapotrzebowaniu dla siebie, partnerki i dziecka… Innymi słowy jeżeli pozostają jakieś nie wykorzystane produkty z grupowych imprez w zamku mam je tak przechowywać, aby przychodząc do magazynu nie musiał ich rozbijać, ciąć i porcjować. A gdyby czegoś nie było lub było mało, to uprzedza, że będzie produkty kupował samodzielnie na koszt Imperio Polska, choć wolałby, abym traktował go jak gościa hotelowego i dokonywał zamówień towarów także (a może i przede wszystkim?) z myślą o nim i jego rodzinie. Mówi wprost – mam go traktować przy zamówieniach jak normalnego gościa hotelowego.

W ciągu zimy zaczynają pojawiać się z jego ust nieuzasadnione pretensje względem mnie dotyczące prze- lub niedoszacowania wielkości dostaw.

W działalności hotelarsko-gastronomicznej zawsze zdarza się, że część gości nie pojawi się lub pojawi się ich więcej, niż planowano, wskutek czego zapasy towarów trzeba błyskawicznie uzupełniać lub jego część zalega. Do wyjątków należą sytuacje, w których gości jest dokładnie tylu, ilu powinno danego dnia przyjechać.

Wojciech Z. nigdy tego nie potrafi zrozumieć – co stanowi kolejny przykład kompletnego braku znajomości zasad funkcjonowania Zamku. Dlatego bywam ofiarą częstych napaści i wyrzutów po większości ze zrealizowanych przez Zamek imprez w okresie zimowym i wiosennym, kiedy obłożenie obiektu jest minimalne i nie praktykuje się magazynowania artykułów spożywczych celem uniknięcia strat w efekcie zepsucia i przeterminowania.

Słyszę reprymendy za zalegający 1 kg pomidorów pozostały po bankiecie, na który w ostatniej chwili anulowało przyjazd 10 gości, jak i groźby zakazu dokonywania zakupów uzupełniających w lokalnych sklepach, kiedy zachodzi potrzeba dokupienia np. 1 kg schabu dla 5 nadmiarowych gości. W takich warunkach jako zaopatrzeniowiec tracę możliwość wykonywania swojej pracy, staje się ona nie satysfakcjonująca i stresująca, nie tylko ze względu na bezpośredni kontakt ze zwykle pretensjonalnie nastawionym Wojciechem Z., ale i coraz częściej słyszane krzyki z kuchni, kiedy to kierownik Zamku robi awantury pracownikom z mniej czy bardziej błahego powodu (np. pomidor był za mało czerwony, ketchup za mało pikantny, wędlina za cienko lub za grubo krojona, parówka/kiełbaska zbyt tania/droga – w zależności od humoru, czy wręcz za małe zróżnicowanie menu – to dla osoby na stałe żywiącej się w Zamku może urastać do rangi poważnego problem, nie jest z kolei problemem dla gości przebywających przez dobę czy nawet tydzień, bowiem menu opracowane jest na ok. 10 dni bez powtórek).
Ostatecznie jednak dzięki kilkudniowej przerwie w pracy rezygnuję z wręczenia wypowiedzenia i postanawiam dalej robić swoje w miarę możliwości unikając kontaktu z Wojciechem Z.

 

*

02.07.2011. Wojciech Z. sponsoruje sowicie swoją partnerkę.

Na ten dzień datowana jest faktura na kwotę blisko 400 zł wystawiona spółce Imperio Polska – czyli Zamkowi – przez Lexor, czyli Annę S., partnerkę Wojciecha Z, kierownika Zamku. Dlaczego tu się o niej wspomina? Faktura ta jest zapłatą za 3 godziny pracy Anny S. Zastanówmy się przez chwilę jak nazwać kobietę zarabiającą ponad 100 zł na godzinę…

 

Faktura Lexor

Jak wcześniej wspomniano, kobieta ta z wykształcenia jest pedagogiem i nauczycielem. Praca polega na zabawianiu kilkunaściorga dzieci przebywającej w Zamku dużej grupy gości, przy czym wszelkie akcesoria i materiały (kredki, farby, papier, itp.) zostają zakupione na koszt Imperio Polska.
Można przy tej okazji wysnuć wniosek, że Wojciech Z. złodziei szuka nie tam, gdzie powinien… A może jego kleptofobia jest imitowana i stanowi zasłonę propagandową dla jego działań? Wszak faktura podpisana jest przez Wojciecha Z.
Takie też myśli pojawiają się w owym czasie – jak to się mówi, najciemniej pod latarnią. Zgodnie z tą zasadą wystarczy zbudować wokół siebie aureolę świętości, ażeby pozostać poza podejrzeniami i jumać ile wlezie… Pies o imieniu Juma – znów odnosi się wrażenie, że to nie przypadek.

 

*

 

11.07.2011. Ostateczne złożenie wypowiedzenia stosunku pracy na ręce menadżerki Zamku, odpowiedzialnej także za sprawy kadrowe.


Tego dnia moja miarka się przebiera. Spotkawszy się w ostatnich dniach z poważnymi problemami zaopatrzeniowymi wywołanymi przez Wojciecha Z. składam wypowiedzenie – nie jestem w stanie zamówić niezbędnego towaru, bowiem Wojciech Z. priorytetyzuje remont szykowanego do zamieszkania przez siebie studia C i nie płaci dostawcom, od których Zamek przyjął wcześniej towar z odroczonym terminem płatności. Ci ostatni nie przyjmują więcej zamówień motywując to koniecznością uprzedniej spłaty zadłużenia, nie są skłonni do żadnych negocjacji. Inni, alternatywni dostawcy, już nie istnieją bądź „są obrażeni” na Zamek w efekcie wcześniejszych problemów i także nie przyjmują zamówień. Być może dla Wojciecha Z. chleb, sól i wódka wystarczą do przeżycia, ale goście Zamku nie tylko tymi produktami żyją…

Informuję Wojciecha Z. o problemach. Jak zawsze słyszę, że „my [wielkie pany, bo klient hurtowni] nie zostaniemy obsłużeni? Nic nie potrafisz załatwić!”. Tłumaczę, że to dlatego, że zapłaty wcześniej nie wyszły, są blokady systemowe i dla zasady. Jak zawsze słyszę „hurtownia z naszego powodu nie zbankrutuje, a my mamy ważniejsze wydatki, masz to załatwić”. Ostatecznie dostawy docierają, mimo że okupione wyższymi cenami i położeniem na szali mojego dobrego imienia oraz gwarancją, że jeżeli aktualna faktura nie zostanie na czas zapłacona, pokryję ją z własnych dochodów, z prywatnego konta.

Raz już zmuszony jestem pokrywać z własnej kieszeni fanaberie Wojciecha Z. W odpowiedzi na ofertę jednego z większych i poważniejszych portali, B.N., prezentującego wizytówki firm, zamawiam prezentację Zamku. Jak na tę wielkość i popularność portalu, z którego sami korzystamy poszukując adresatów naszych ofert wypoczynku i szkoleń w Zamku, wynegocjowana po wielu rozmowach cena 122 zł brutto za rok prezentacji wydaje się nad wyraz atrakcyjna (z wyjściowych 500 zł netto/rok).
Kiedy przychodzi faktura Wojciech Z. wścieka się. Wyznaje zasadę, że reklamować się w Internecie można tylko i wyłącznie na portalach darmowych, wszak płatne serwisy to złodzieje i oszuści! Wcześniej nie jestem świadom tej jego zasady, więc ustalając bardzo atrakcyjne warunki płatnej reklamy Zamku, jestem dumny z osiągnięcia. Wojciech Z. nakazuje mi natychmiastowe zrezygnowanie z tej formy reklamy na tym portalu, a mimo, że od publikacji minęło już kilka miesięcy, a rezygnacja ma być bezkosztowa! Niestety, nie daje się wynegocjować zdjęcia prezentacji ze strony bez wniesienia zapłaty za już wykorzystany okres, wskutek czego zmuszony jestem zapłacić z własnej kieszeni ok. 60 zł, co pokrywa koszty za czas publikacji oraz korektę faktury, która zostaje wyzerowana. Kwotę tę przelewam z prywatnego konta na konto właściciela witryny, by tylko Wojciech Z. poczuł się usatysfakcjonowany jako szef. Informuję go później, że sprawa została załatwiona, ale zatajam fakt, że moim kosztem.

Przelew B.N.

Biorąc pod uwagę całokształt zachowania Wojciecha Z., mojego szefa, i nie widząc możliwości dalszej współpracy w tych warunkach, gdzie każdy człowiek w jego oczach jest oszustem i złodziejem, gdzie zmuszony jestem do zamawiania towaru po niezbyt atrakcyjnych cenach, gdzie utrudnia się składanie zamówień świadomym i celowym nie regulowaniem zobowiązań, gdzie krzyki szefa zaczynają i kończą niemal każdy dzień, gdzie szef dba wyłącznie o własną wygodę i dochody, gdzie szef na co dzień awanturuje się z gośćmi Zamku, imprezuje z własnymi kumplami w Zamku na oczach pracowników i gości na koszt firmy, gdzie szef do pracy przychodzi około południa na chwilę lub 2 – 3 godziny w stanie wskazującym na wcześniejsze zatrucie alkoholem, gdzie szef na podstawie własnych lub podsuwanych wyobrażeń o pracy na danym stanowisku stawia co kilka dni zarzuty dotyczące niekompetencji i naciągania firmy na dodatkowe koszty, podejmuję decyzję o złożeniu wymówienia. W tych warunkach nie da się pracować.

Moje wypowiedzenie przyjmuje menadżerka zajmująca się sprawami kadrowymi, Agnieszka N., która jednak oświadcza, że nie przyjmuje go formalnie, lecz bierze ten kawałek papieru celem zapoznania się z treścią. Powraca po jakimś czasie informując mnie, że nie przyjmie tego pisma do wiadomości gdyby zostało jej przekazane formalnie. Jednocześnie przeprowadza ze mną na tyle skuteczną rozmowę motywacyjną, że decyduję się pozostać w firmie jeszcze jakiś czas…

Po kilku dniach do Zamku przyjeżdża jeden z głównych udziałowców firmy. Zaintrygowały go powody mojego wypowiedzenia stosunku pracy, bowiem nie spodziewał się, ażeby ktokolwiek zwalniał się z takiej posady jedynie pod pretekstem subiektywnego wrażenia o braku możliwości świadczenia pracy. Wszak ludzie w normalnych warunkach zwalniają się tylko mając lepsze oferty pracy, każdy kurczliwie trzyma się swojej posady - podobnie też myśli Wojciech Z. wielokrotnie strasząc przy innych okazjach pracowników kuchni zwolnieniami i deklarując, że na każde miejsce w Zamku jest 10 - 20 chętnych…
Po krótkiej rozmowie udziałowiec Imperio Polska sugeruje, że najpierw powinienem porozmawiać z Wojciechem Z., bowiem może on być nieświadom problemu, i dopiero gdyby to nie przyniosło poprawy, podjęte zostaną odpowiednie kroki na szczeblu zarządu spółki zmierzające do normalizacji warunków pracy w Zamku.

Kilka dni później Wojciech Z. prosi mnie na rozmowę. W trakcie spaceru wokół drzew przed zamkowym dziedzińcem opowiadam mu pokrótce o przyczynach złożenia wypowiedzenia. Zgadza się, że jego impulsywne zachowanie może nie być mile widziane, ale uspakaja mnie twierdzeniem, że wszystko, co mówi podniesionym głosem, nie jest do końca „na poważnie” – po prostu musi się wykrzyczeć, a po 10 minutach uspakaja się i „zapomina” o sprawie. Generalnie nie ma zastrzeżeń do mojej pracy, a wręcz nie chciałby mnie stracić poznawszy moje kompetencje przez cały rok pracy, stąd powinienem mu wybaczyć chwilowe nastroje.

Tłumaczenie to wydało mi się wiarygodne i uspakajające, więc ostatecznie postanawiam pozostać w Zamku tak długo, na ile pozwolą mi nerwy. Innymi słowy decyduję, że będę pracował do czasu następnej poważnej napaści Wojciecha Z. na mnie, bagatelizując napaści mniejszej wagi.

Po tej rozmowie aż do 6. lutego 2012, kiedy to Wojciech Z. włamuje się do zamkowej kotłowni przejmując nad nią kontrolę na szkodę Imperio Polska, łączą nas dość poprawne relacje. Nigdy więcej nie słyszę podniesionego głosu artykułującego zarzuty wobec mnie, a nawet widzę wyraźnie, że Wojciech Z. walczy ze sobą kilkakrotnie, by nie unieść głosu zgłaszając jakieś pretensje wobec mojej osoby. Bo pretensje w późniejszym czasie miewa, jednak po tej lipcowej rozmowie wyraża je na spokojnie i częściej przyjmuje do wiadomości wyjaśnienia zaistniałych sytuacji.

W przypadku kuchni i recepcji sytuacja nigdy nie uległa zmianie – krzyk stanowi częstą, normalną formę komunikacji Wojciecha Z. w razie zauważenia nieprawidłowości, prawdziwych i wyimaginowanych, często podsuwanych przez jego konkubinę, Annę S., co warto zaznaczyć.

*

Sierpień 2011. Letnie kolonie polsko-niemieckie

Uszkodzony przez Z. obrazPewne stowarzyszenie decyduje się na organizację w Zamku Tuczno w sierpniu 2011 roku kolonii dla młodzieży polskiej i niemieckiej. Ma to być połączenie warsztatów językowych z animacją kulturalną i pogłębianiem wiedzy historycznej dotyczącej obu narodów.

Wojciech Z., kierownik Zamku, w obawie przed zniszczeniami wyposażenia wynikającymi z napływu „rozwydrzonego młodzieżowego bydła”, decyduje o przeniesieniu zabytkowego obrazu przedstawiającego jednego z hrabiów Zamojskich w bezpieczne miejsce.
Na owe miejsce wyznacza biuro, a później tzw. „dekoratornię”, tj. pomieszczenie na najwyższym piętrze, gdzie przechowywane są elementy okolicznościowych dekoracji i różne wycofane z użycia przedmioty (komputery, drukarki, meble, gadżety).

Ja i Wojciech Z., w asyście Agnieszki N., zdejmujemy obraz ze ściany i niesiemy po schodach do góry. Wchodzimy do biura i kładziemy eksponat na biurku kierownika. Jest on sporych rozmiarów, stanowić będzie przeszkodę i problem w biurze, zatem Wojciech Z. podejmuje decyzję o przeniesieniu go do „dekoratorni”. Wkrótce obraz wędruje wyżej - prowadzi Agnieszka N. otwierając i zabezpieczając drzwi, Wojciech Z. z przodu, ja z tyłu. Z. zwyczajnie, choć ostrożnie, niesie obraz, ja obejmuję ramę całymi ramionami chroniąc ją przed ewentualnymi uszkodzeniami, w niektórych miejscach jest tak ciasno, że zdzieram sobie naskórek, ale wiem, że warto – rama jest gipsowa, delikatna.

W pewnym momencie Wojciech Z. tuż przed wejściem do „dekoratorni” uderza rogiem obrazu o schody. Odłamuje się znaczny kawałek ramy. No i na co było się tak poświęcać? Chronić całym ciałem obraz i doznawać urazów od otarć, skoro wystarczy jeden bezmyślny ruch szefa i całe przedsięwzięcie szlag trafia?

Uszkodzony przez Z. obrazWojciech Z. nie tylko bagatelizuje problem, ale wręcz zaczyna uśmiechać się w iście głupkowaty sposób (moje osobiste wrażenie), nakazuje zebranie później fragmentów ramy, a obraz nieść dalej. Jeszcze raz uderza ramą, tym razem o futrynę drzwi „dekoratorni”, wyłamując drobny fragment w połowie jej prawego boku. Kiedy kładziemy obraz w miejscu przeznaczenia jego rama jest już poważnie uszkodzona.

Poznawszy uczestników kolonii odnoszę wrażenie, że dużo lepiej obeszłoby się z obrazem owe „młodzieżowe bydło” niż Wojciech Z. Co prawda koloniści w późniejszym czasie przypadkowo niszczą marmurowy blat jednego ze współcześnie wykonanych stolików, ale nie wydaje mi się, aby ubaw sprawiło im ściąganie eksponatu ze ściany i łażenie z nim po schodach, połączone z obijaniem go o napotkane przeszkody.

Wojciech Z. decyduje, że o żadnym z tych faktów nie będzie informował nikogo, zwłaszcza SARP – szalenie obawia się konsekwencji. Naprawy zamierza przeprowadzić w tajemnicy. I tak też się dzieje. Ponieważ ojciec Agnieszki N., menadżerki Zamku, jest profesjonalnym rekonstruktorem antyków, otrzymuje w późniejszym czasie zlecenie naprawy. Wykonuje znakomitą pracę – po uszkodzeniach nie ma na pierwszy rzut oka śladu, trzeba się bardzo dokładnie przyglądać z lupą w ręku, ażeby znaleźć uszkodzone fragmenty.

Pierwotnie plan Wojciecha Z. zakłada... wywiezienie w tajemnicy obrazu z Zamku. Ostatecznie jednak obraz nigdy nie opuszcza terenu Zamku – w obawie o powstanie większych uszkodzeń w czasie transportu restaurator zostaje ściągnięty do Zamku i obraz naprawia na miejscu, w Sali Południowej.

Mając w pamięci swoje plany Wojciech Z. w 2012 roku budując czarny wizerunek Imperio Polska i jej pracowników wśród litanii innych kłamstw na jednym z pierwszych miejsc umieszcza zarzut wywożenia zabytków.

Wiedząc, że jest to fizycznie wykonalne (osobiście planuje wywóz w przypadku uszkodzonego obrazu), oskarża później nieustannie i wielokrotnie Imperio Polska o kradzieże – zarówno publicznie, jak i wśród znajomych oraz przypadkowo napotkanych osób. Mimo, że późniejsze postępowania organów ścigania wykluczają taką możliwość i wszystkie zarzuty zostają oddalone, a wszystkie inspekcje ze strony Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków i SARP nie potwierdzają ubytku ani jednego eksponatu, Wojciech Z. do dziś złośliwie rozpowszechnia pogłoski jakoby pracownicy Imperio Polska rozkradali Zamek i wywozili antyki. Prawdopodobnie wychodzi z założenia, że jeżeli jeszcze nic nie zostało ukradzione, to niewątpliwie wszystko w najbliższym czasie zacznie ginąć, a więc można śmiało wyprzedzić zdarzenia i od razu nazwać pracowników Zamku złodziejami uprzedzając przyszłe, ale w jego mniemaniu 100% pewne fakty.

Gdybym był Wojciechem Z, to jak uzasadniłbym obecność wszystkich eksponatów w Zamku w czasie każdej kontroli, szczególnie z dnia 21.01.2013, która właśnie miała dowieść jego twierdzeń? Powiedziałbym, że pracownicy uprzedzeni o kontroli przynieśli wszystko z powrotem z domów, później najpewniej znowu wynieśli, bo to przecież złodzieje i jak raz dziennie czegoś nie ukradną, to nie są sobą.
A jak uzasadniłbym obecność wszystkich eksponatów, które pracownicy mieli rzekomo sprzedać? Powiedziałbym, że najwyraźniej potencjalni nabywcy rozpoznali skradzione fanty i nie dokonali zakupu, w efekcie czego wszystko zostało w domach pracowników.
O choroba, właśnie podrzucam Wojciechowi Z. nowe pomysły na kolejne oszczerstwa...

Powyższe gdybanie charakteryzuje sposób myślenia i działania Wojciecha Z. – rzucanie podejrzeń i oskarżeń, których nikt nie jest w stanie od razu zweryfikować jako nieprawdziwych, jednakże generalnie i w całości mających logiczne podstawy pomimo znacznego stopnia nieprawdopodobieństwa. Przy okazji stanowiących doskonały element propagandy nienawiści.

 

Pewnego wieczora w czasie trwania kolonii Wojciech Z. organizuje w jadalni prywatną imprezę w związku z podziękowaniami od organizatorów festiwalu Misietupodoba, którymi są w większości jego koledzy. Ta impreza trwa długo i jest suto zakrapiana alkoholem. Kiedy recepcjonistka nad ranem przychodzi do sali sprawdzić jej przygotowanie na przyjście gości stwierdza, że jest nieprzewietrzona, palono tam papierosy, pety walają się wszędzie – na stołach, obrusach, talerzach… Na tej sali podaje się posiłki, niebawem na śniadanie zaczną schodzić pierwsi koloniści, a po Wojciechu Z. i jego gościach pozostaje syf, jaki trudno zastać nawet w wigwamie indiańskiego szamana… Otwiera wyjście na taras i zaczyna sprzątać z nadzieją, że uda się jej zamaskować na czas ślady obecności kierownika Zamku w jadalni.

*

Lato 2011. Awantura z kurierem.

Któregoś dnia (trudno ustalić dokładną datę) na teren zamkowy wyjątkowo szybko wjeżdża kurier z przesyłką. Nikt nie kwestionuje, że kierowca ten znacząco przesadził z szybkością – przebywając w swoim biurze w baszcie północno-zachodniej słyszę szum opon prującego pod dziedziniec auta, co oznacza, że szybkość jest nadzwyczajna - zwykle nie słyszę tam aut, względnie tylko lekkie dudnienie silników.

W momencie przekazywania przesyłki recepcjonistce, przy desku zjawia się Wojciech Z. i wszczyna awanturę. Jakkolwiek zastrzeżenia ma słuszne oskarżając kierowcę o spowodowanie zagrożenia dla ewentualnie napotkanego po drodze dziecka czy psa, o tyle forma ich przekazania już niekoniecznie. Kurier stara się unikać dyskusji, w zasadzie uciekając wraca do auta i równie szybko, jak wjechał - odjeżdża. W ślad za nim wychodzi Z. W tym momencie, jako zaopatrzeniowiec, docieram do recepcji celem sprawdzenia przesyłki i faktury zań.

Po chwili okazuje się, że równie zaskoczeni szybkością przejazdu robotnicy przebywający u sąsiada, Jacka P., zatrzymują go w bramie zamkowej z zamiarem powiedzenia kilku słów dotyczących bezpieczeństwa prowadzenia auta na tym terenie – słysząc odgłosy zamieszania nieopodal, wyglądam przez recepcyjne okno.

Nie dokończywszy awantury w Zamku, Wojciech Z. dobiega do szoferki, otwiera drzwi od strony kierowcy i wykrzykuje mu to, co ma do powiedzenia. Wygląda to tak, jakby chciał go z auta wyciągnąć i obić na wolnym powietrzu. Kurier wyraźnie ignoruje słowa Wojciecha Z., nie daje się wciągnąć w dyskusję ani wyciągnąć zza kierownicy. Z. po kilkunastu sekundach kończy swoją tyradę i zamyka drzwi szoferki tak energicznie, że jeszcze w recepcji Zamku słychać poruszające, dudniące trzaśnięcie.

Wojciech Z. w towarzystwie psa udaje się powoli w kierunku Zamku oglądając za siebie co chwilę, w pewnym momencie zatrzymuje się i patrzy na utarczki kuriera z pracownikami sąsiada. Po chwili kończą oni swoje, odstępują od auta i oddalają się do swoich zajęć. Kurier rusza bardzo gwałtownie z miejsca. Wojciech Z. widząc to pochyla się i podnosi z ziemi przedmiot z wyglądu przypominający kamień, następnie rzuca go w kierunku odjeżdżającego auta, chybia jednak znacznie na prawo od pojazdu.
Kurier szybko dociera do pierwszej drogi, skręca w prawo i znika.

Jestem w szoku – nie spodziewałem się, aby kierownik Zamku mógł nawet w ogromnym zdenerwowaniu stać się zwykłym ulicznym wandalem! Osoby, którym opowiadam o zajściu obserwowanym z okna recepcji również wydają się być do pewnego stopnia zaskoczone. Znają Wojciecha Z., wiedzą, że ma on problemy ze swoją psychiką - szybko wpada w szał i nie potrafi zapanować nad agresją, ale do tej pory tylko „drze japę” i macha rękoma - nikt dotychczas nie przypuszczał, aby dokonał on tak bezpośredniej napaści, jak obrzucenie kamieniami.

Kiedy rok później na rozprawie w sądzie pracy mowa jest o tym zdarzeniu, Wojciech Z. zaprzecza, jakoby miało ono miejsce i jednocześnie wnosi o powołanie na świadka Jacka P., który potwierdzi, że to któryś z pracowników, a nie on, rzucał kamieniem. Pytanie - jakich pracowników? Imperio czy sąsiada? Jeżeli Imperio – zgadza się, rzucał kierownik obiektu przez spółkę zatrudniony. Jeżeli sąsiada – niemożliwe, wszyscy znajdowali się poza bramą, zaś kamień poleciał z brukowanej drogi prowadzącej do Zamku z ok. 25 metrów licząc od bramy w głąb dziedzińca, tj. z miejsca, w którym stał Wojciech Z. z psem.

Jacek P. to jedyny świadek Z., jaki dociera na kolejną rozprawę, pomimo wystosowania wezwania do kilku innych. Zeznaje, iż nie widział jakoby Z. kamieniem rzucał – co raczej jest prawdą.
Jednak stanowi to błąd w dowodzie na niewinność Z., który twierdzi, iż świadek widział dosłownie „jak nie rzuca kamieniem”. Wszelkie wątpliwości można rozwiać dokonując przesłuchania z pomocą wariografu – ale to dopiero po odwołaniu się Wojciecha Z. od wyroku w procesie, który wytoczył spółce Imperio Polska i przegrał, a na którym zdarzenie to było opisywane przez świadków.

*

Sierpień 2011. Wymiana telewizorów.

Wojciech Z. podpisuje bardzo niekorzystną umowę leasingu kilkudziesięciu telewizorów LCD z firmą H.T. Umowa przewiduje karę za każde opóźnienie w płatnościach rat, której wysokość wynosi ponad 60.000 zł, co stanowi nieco więcej, niż wolnorynkowa równowartość wszystkich leasingowanych telewizorów razem wziętych. Zapis ten niezgodny jest z polskim prawem, co wychodzi na jaw w momencie, gdy Wojciech Z. przestaje pod koniec roku 2011 opłacać raty i zaczynają do Zamku przychodzić wezwania do zapłaty kary – tymi zajęła się kancelaria prawna.

Podczas wymiany telewizorów w pokojach Wojciech Z. decyduje się rozdać bezpłatnie stare odbiorniki CRT, w pierwszej kolejności pracownikom Zamku, a resztę komukolwiek. Pracownicy Imperio kilkakrotnie upewniają się, że SARP wyraża zgodę na takie rozporządzenie jego mieniem i każdorazowo Z. zapewnia, że zgodę posiada - sam zadaję mu to pytanie co najmniej trzykrotnie na przestrzeni kilku dni.

Kilkanaście sztuk zostaje rozdanych, reszta (17 szt.) jest zmagazynowana na poddaszu Zamku. Wspominam o tym nie bez celu – spodziewam się, że w chwili gdy Wojciech Z. przypomni sobie tę wymianę, niewątpliwie wobec Imperio zostanie wysunięty kolejny zarzut, tym razem kradzieży kilkunastu telewizorów należących do SARP. Jeżeli nie, to niniejsze wspomnienie pomoże mu o tym sobie przypomnieć i uknuć kolejne oskarżenia.

*

 

10.09.2011. Wielka popijawa.

Tego dnia Wojciech Z. korzystając głównie z zaopatrzenia baru i częściowo Recepcji w trunki doprowadza się do takiego stanu, w którym nie potrafi się podpisać na liście alkoholi i innych produktów wydawanych mu na tzw. kredyt. Stawia 3 razy X. Jednocześnie zadaje recepcjonistce retoryczne pytanie: czy ona także uważa tak, jak goście Zamku, których spotkał po drodze do Recepcji, że już powinien skończyć picie…
Recepcjonistka jest przerażona, bowiem jeżeli Wojciech Z. wyprze się pobrania towaru (co już się wielokrotnie zdarzało, stąd pomysł listy własnoręcznie podpisywanej), będzie musiała braki pokryć z własnej kieszeni. Na szczęście Z. później przyznaje się do pobrania towaru i kwituje jego odbiór, jakkolwiek po roku, w Sądzie Pracy, zaprzecza, jakoby takie zdarzenie miało miejsce… Kiedy zostaje mu to udowodnione – nagle sobie przypomina zdarzenie i twierdzi, że jest to żart. Strach recepcjonistki jednak nie jest śmieszny...

Kredyty Z.


Tutaj należy sprawiedliwie wspomnieć, że pokwitowane kredyty uzyskane w recepcji Wojciech Z. sumiennie zwraca. Co prawda deklaruje zwroty raz w miesiącu, ale w rzeczywistości rozlicza się z towaru dopiero przed przyjazdem udziałowców Imperio Polska na kontrole.
Wojciech Z. za pobrany towar nigdy nie płaci, lecz oddaje go w naturze - nie zawsze ten sam gatunek i markę, co powoduje pewne problemy natury magazynowej.

Nim wprowadzony zostanie system kwitowania pobranego towaru, często dochodzi w recepcji do awantur - Wojciech Z. wielokrotnie wypiera się pobrania niektórych towarów oskarżając pracowników recepcji o kradzieże i "dopisywanie na jego konto" braków w witrynie. Grozi przy okazji obciążaniem recepcjonistów kosztem towarów po cenie sprzedaży, do których się nie przyznaje – tym niemniej ostatecznie nigdy nikt nie zostaje z tego powodu obciążony.

Zimą 2010/2011 jedyną osobą przebywającą nocami na terenie Zamku jest Wojciech Z. z rodziną. Ze względu na brak gości i potrzebę redukcji kosztów Z. decyduje, że w Zamku nie musi przebywać nocą żaden pracownik skoro on sam z rodziną bez przerwy pozostaje na terenie zamkowym. Wiosną 2011 narzeka przy okazji, iż jest wykończony pracą wykonywaną 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu bez możliwości wzięcia urlopu – o ile spokojne życie na koszt spółki z cowieczornymi imprezkami i nie interesowanie się niemal niczym związanym z Zamkiem nazwiemy pracą.
Towar w recepcji jest wówczas codziennie liczony co najmniej 2 razy – rano i wieczorem, przy rozpoczęciu i na zakończenie pracy recepcjonistek. Często zdarza się, że poranne liczenie ujawnia braki, których nie ma wieczorem.

Zatem skoro Wojciech Z. jest jedyną osobą na terenie Zamku w nocy, posiada klucz do obiektu, to nasuwa się wniosek, że po zakończeniu pracy recepcji przychodzi i pobiera towar bez pozostawiania notatek, bowiem śladów żadnego włamania nie ma.

Zapytany o to kilka razy przyznaje się do takich działań, kilka razy zostawia notatki, toteż pracownicy recepcji później nie mają podstaw do wysnuwania innych teorii na temat zaginionego towaru (najczęściej piwa, niekiedy wódki i napojów gazowanych), jak tylko przyjście Z. do Zamku i wyniesienie pod osłoną nocy towaru z Recepcji.

*

Październik 2011. Początek modernizacji systemu grzewczego w Zamku.

W sytuacji istnienia wady ukrytej Zamku, gdzie nie ma możliwości ogrzania większości pokoi w okresie jesienno-zimowym i wczesnowiosennym, zarząd Imperio Polska już latem 2010 roku zleca zarządzającemu tym obiektem Wojciechowi Z. rozpoczęcie poszukiwania firmy, która wykona ekspertyzę istniejącej kotłowni, instalacji przepływu ciepłej wody do Zamku oraz instalacji grzewczej w budynku. W efekcie tych poszukiwań i rozmów Zarządu Imperio Polska z Zarządem SARP przeprowadzonych zostaje kilka ekspertyz i analiz, zaś Wojciech Z. powierza rozpoznanie sytuacji kilku firmom, między innymi: R. z Bydgoszczy , B. ze Szczecina i E. z Gniewkowa.

Wszystkie opinie stwierdzają, że przyczyną kłopotów z ogrzewaniem są między innymi:

  • źle wykonana instalacja rozprowadzająca ciepło w budynku Zamku,
  • źle obliczona powierzchnia grzania do metrażu pomieszczeń,
  • ubytek ciepła na przepływie z kotłowni do zamku
  • niesprawne piece c.o.

Firmy te deklarują możliwość wykonania remontu i modernizacji składając oferty wykonawcze i finansowe wraz z projektami i niezbędną dokumentacją.

Zarządzający Zamkiem z ramienia spółki Wojciech Z. przekazuje zebrane oferty do SARP i do siedziby spółki w Sopocie sugerując, że najkorzystniejsza jest oferta firmy R. z Bydgoszczy, która proponuje remont starej kotłowni w piwnicy Zamku i konstrukcję źródła opalania zrębkami drewnianymi, co spełnia normy ekologiczne oraz ze względu na położenie Tuczna w otoczeniu lasów, zapewnia łatwy i tani dostęp do opału.

Po kilku rozmowach telefonicznych prokurenta spółki Grzegorza K. z Zarządem SARP na temat złożonych ofert-propozycji i ponagleniami związanymi z nadchodzącym kolejnym sezonem grzewczym, wobec braku sprzeciwu a wyrażaną ustnie chęcią rozwiązania problemu ogrzewania Zamku – spółka Imperio Polska podpisuje z firmą R. z Bydgoszczy umowę na remont starej kotłowni i modernizację instalacji grzewczej.

Zleceniobiorca przystępując do prac remontowych w miesiącu październik/listopad 2011 roku deklaruje, że działa zgodnie z prawem oraz posiada niezbędne kwalifikacje, a także dokona wszelkich wymaganych prawem uzgodnień.

Z ramienia spółki prace te są bezpośrednio nadzorowane przez zarządzającego Zamkiem Wojciecha Z., który też jest zobowiązany do sprawdzenia czy wykonywane czynności są zgodne z prawem i podpisaną umową dzierżawy. Z. jest w stałym kontakcie z przedstawicielem Zarządu SARP – Mariuszem Ś. i na wszystkie działania związane z pracą w kotłowni ma jego zgodę (a tak przynajmniej wielokrotnie deklaruje).

Prace remontowe zostają wstrzymane do odwołania w styczniu 2012 r., kilka dni po zwolnieniu Wojciecha Z. z funkcji zarządzającego Zamkiem, zaś wiosną 2012 zapada decyzja o całkowitej rezygnacji z przebudowy w związku z bezprawnymi – w osądzie spółki Imperio – działaniami zarządu głównego SARP. W efekcie tej decyzji zwraca się firmie R. wszelkie zmagazynowane dotychczas elementy planowanej nowej instalacji, jakie do tej pory firma dostarcza do Zamku.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że po otrzymaniu złożonych przez oferentów projektów i kosztorysów nigdy nikt z Zarządu SARP nie zgłasza żadnych zastrzeżeń ani nie zgłasza sprzeciwu, co spółka Imperio Polska przyjmuje za akceptację jej wyboru i planu działań.

Wojciech Z. wiedząc, że nie dopełnił wszystkich formalności związanych z rozpoczęciem prac oraz nie posiadając żadnego dokumentu ze strony SARP i Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków zezwalającego na przebudowę, w 2012 roku (możliwe, że także nieco wcześniej) wykorzystuje ten fakt jako argument przeciwko spółce Imperio Polska!

Przekonuje zarząd SARP, iż w efekcie braku jakiejkolwiek zgody na piśmie można bezpiecznie oskarżyć spółkę o prowadzenie nielegalnych prac budowlanych na terenie zabytku, co stanowić będzie doskonały argument za wypowiedzeniem umowy dzierżawy. Zgody wyrażonej ustnie lub domyślnie można śmiało się wyprzeć skoro brak na nią fizycznych dowodów. Taka metoda działania – wypieranie się niewygodnych faktów przy braku fizycznych dowodów - staje się w tym momencie podstawową strategią Wojciecha Z.

*

Listopad/grudzień 2011. „Terminator”.

W połowie 2011 roku ma odbyć się w Tucznie ogólnopolska impreza kulturalna pod nazwą Misietupodoba, w organizacji której udział bierze kilka podmiotów z Tuczna, w tym Zamek. Wojciech Z. spodziewając się napływu nieprzebranych rzesz turystów i gości multiplikuje moje propozycje zamówień na alkohole. Nie rozumie, iż prognozy meteorologiczne są niekorzystne, zatem nie tylko sprzedaż piwa na otwartej przestrzeni stoi pod znakiem zapytania, ale także frekwencja w barze. W razie niespodziewanej poprawy pogody czy natłoku gości jest pod ręką kilka hurtowni, które uzupełnią braki w ciągu kilkunastu godzin, zwłaszcza dzięki współpracującym lokalom, które mogą Zamek wesprzeć własnymi zapasami w ciągu parunastu minut ratując sytuację do czasu realizacji zwykłych zamówień.

Przyjeżdża cała masa różnych alkoholi, które sprzedają się w znikomej części. Niestety, nie dopisuje pogoda – jest zimno, deszczowo i wietrznie.

Zalegającym w magazynach lekkim alkoholom pod koniec roku zaczyna kończyć się termin przydatności do spożycia, nie ma jednocześnie możliwości sprzedaży, bowiem część imprez planowanych na jesień i początek zimy zostaje odwołana, niektóre ulegają skróceniu.
Wojciech Z. podejmuje się likwidacji ok. 8-10 skrzynek łącznie dopiero co przeterminowanego piwa, rozdawszy niewielką część pracownikom. Co kilka dni zabiera ze sobą po parę skrzynek piwa – pracownicy o szefie zaczynają mówić: „Terminator”, nie tylko ze względu na zajmowanie się przezeń likwidacją przeterminowanych alkoholi, lecz i całokształt zachowań. Pod koniec grudnia oddaję dostawcy 4 pełne beczki przeterminowanego piwa – niestety, Wojciech Z. nie ma pomysłu jak je „rozpracować” w pawilonie, toteż zalegają one do samego końca.

Pomińmy już milczeniem fakt, że przeterminowany alkohol winien był trafić do systemu ściekowego…

*

31. grudnia 2011. Sylwestrowy atak na Andrzeja D.

Jest to ostatni dzień pracy kelnera, Andrzeja D. Umowa z nim zostaje rozwiązana ze względu na brak rezerwacji na początek 2012 roku, co zmuszałoby spółkę do utrzymywania zbędnego personelu bez odnotowywania dochodów. Jednocześnie Andrzej D. otrzymuje ustną gwarancję ponownego zatrudnienia w momencie rozpoczęcia nowego sezonu, co może nastąpić pomiędzy marcem a czerwcem.
Trwa zabawa sylwestrowa. Andrzej D. jak zawsze dwoi się i troi, ażeby obsługiwani przezeń goście byli w najwyższym stopniu zadowoleni. Mimo, że jego umowa wygasa o północy, deklaruje, że pozostanie na miejscu do końca zabawy…

Wojciech Z. planuje urządzić swoją prywatną imprezę sylwestrową w pomieszczeniu, które zajmuje z rodziną – wśród gości są jego rodzice. Wielokrotnie deklaruje, ostatni raz w przededniu Sylwestra, że pozostaje u siebie, wobec tego pracownicy nie muszą uwzględniać go na zamkowej liście gości.

W czasie zabawy w Zamku nagle pojawia się Wojciech Z. Pyta kelnera gdzie jest stolik dla jego gości! Następuje wielka konsternacja, albowiem nigdy nie zgłasza ich uczestnictwa w zabawie zamkowej, a co więcej – do końca deklaruje, że bawić się będzie we własnym gronie w pawilonie. Wygląda na to, że jego goście podejmują decyzję o dołączeniu do grona gości zamkowych w ostatniej chwili, zaś Wojciech Z. do Zamku wysyła jedynie telepatyczny przekaz, który niestety nie dociera do żadnego medium zatrudnionego przez Imperio Polska.

Konsternacja kelnera to woda na młyn Wojciecha Z. – rozpoczyna awanturę w obecności szalenie zniesmaczonych gości i pracowników wyrzucając Andrzejowi D. w niewybredny sposób także swoje osobiste, negatywne odczucia względem kelnera. Mężczyźnie stają łzy w oczach! To dowód jak bardzo niesprawiedliwie zostaje osądzony i publicznie sponiewierany krzykami szefa.
Mimo wszystko pracuje do końca tak, jak obiecuje – do zakończenia imprezy, od północy już wyłącznie z własnej woli i za darmo.

 


CZYTAJ DALEJ>>>