Współczesna historia Zamku Tuczno - Ostatnie 18 miesięcy

Na wstępie tej części pamiętnika cofam się o pól roku - ma wówczas miejsce ciekawe i symptomatyczne wydarzenie, które mojej uwadze umyka przy publikacji poprzednich części pamiętnika:

 

*

4.11.2013. Firma Lexor zmienia właściciela

Wydarzenie z pozoru błahe, początkowo wręcz nie warte wspomnienia. Ale pozory mylą - czego Zamek doświadczył wielokrotnie przez ostatnie lata - wydarzenie to jest ogromnie symptomatyczne i determinujące kierunek wszystkich przyszłych wydarzeń.

Otóż Wojciech Z. przejmuje od konkubiny (z którą się niebawem rozstanie), jej działalność gospodarczą. No może działalność to za dużo powiedziane, bardziej pasuje tutaj określenie "fikcyjnofakturowystawianie", ale w każdym razie od tego dnia Wojciech Z. działa samodzielnie jako:

LEXOR Wojciech Z.
NIP:  9372***965
REGON: 0708***99

Adres:
ul. Zamkowa 1
78-640 Tuczno
powiat wałecki
woj. ZACHODNIOPOMORSKIE
tel.: 67-258-17-**

Urząd nadający numer identyfikacji podatkowej:
Drugi Urząd Skarbowy w Bielsku-Białej

Przeważająca działalność:
Zarządzanie nieruchomościami wykonywane na zlecenie

Co tu się mocno rzuca w oczy, to 2 rzeczy. Oprócz italików, wcięcia i pogrubienia czcionki to po pierwsze adres, pod jakim zarejestrowano siedzibę firmy - jest to oczywiście lokalizacja Zamku. Chciałbym zapytać czy Z. potrafi udokumentować zgodę Zarządu Głównego SARP na wykorzystanie tego adresu i obiektu należącego do SARP na potrzeby swojego prywatnego biznesu?  Czy SARP jest w ogóle tego świadom? Ale nie ma sensu pytać - odpowiedź jest oczywista.

Dżizas - SARP zachowuje się jakby cierpiał na niedojebanie mózgowe. Czy chce, czy musi - daje się w każdej chwili dymać temu facetowi jak on chce i kiedy chce - zupełnie jak niewolnica dżihadysty. Zróbmy szybkie podsumowanie:

  • SARP daje mu bezpłatnie mieszkanie i udostępnia teren doń przyległy na jego prywatne potrzeby, umożliwia ponadto dodatkowe zarobkowanie poprzez przymykanie oczu na sprzedaż noclegów, sprzedaż drewna, sprzedaż starego wyposażenia, wplątywanie w kosztowne procesy ze spółką Imperio itp.;
  • SARP pokrywa wszystkie jego prywatne koszty zamieszkiwania na Zamkowej 1 - płaci z zużyty przezeń prąd, wodę, gaz, telefon, Internet, paliwo, remonty, naprawy, wyposażenie, gadżety, a także daje pieniądze na realizację mniej czy bardziej niezwykłych pomysłów związanych z oczernianiem pracowników Zamku i rujnowaniem resztek prestiżu obiektu;
  • SARP daje mu na waciki przeciętnie 3.000 zł każdego miesiąca.

Co ma z tego Stowarzyszenie? Jaką mega-ważną i odpowiedzialną pracę wykonuje ten człowiek? Odpowiedź znajdzie każdy w tym pamiętniku.

Po drugie i najważniejsze - zarejestrowanie działalności pod tym adresem oznacza, że Z. nie przewiduje możliwości opuszczenia terenu Zamku przez najbliższe - powiedzmy, że lata. My to wiemy od dawna, a dzięki temu wpisowi w ewidencji mamy dowód niejako na papierze.A papiery to jest coś, co tygrysy i Wojtki lubią najbardziej ;-)

Po trzecie – zarejestrowanie w rubryce PKD rodzaju działalności jako zarządzanie nieruchomościami wykonywanymi na zlecenie. To oznacza miedzy innymi, że Z. nie może wykonywać żadnej innej działalności zarobkowej jako Lexor. Na przykład – nie może zarabiać na sprzedaży miejsc noclegowych. Yyyyy... I tu się wyjaśnia dlaczego stowarzyszenie musi na ten proceder przymykać oko... Nie no, to oczywiście taki żarcik ;-) Foksal 2 przymyka oko na działalność Z., bo tak chce Z. i kolega, prezes Ś., nie ma tu żadnego sensownego usprawiedliwienia.

 

*

1.04.2014. Pracownicy Zamku pod egidą nowego podmiotu

Ze względu na datę może się wydawać, że to żart primaaprilisowy, a jednak... Dzieje się w tym dniu to, czego Wojciech Z. podrzuca pomysł jeszcze wiosną 2012 roku.

Spółka Imperio wynajmuje do organizacji pobytu gości w Zamku zupełnie nowy, wolny od jakichkolwiek zadłużeń i nieskonfliktowany z nikim oraz będący poza zasięgiem ataków SARP i Wojciecha Z. podmiot, spółkę OK Humors (nazwa zmieniona na potrzeby publikacji pamiętnika).
Imperio od tego dnia zajmuje się tylko i wyłącznie toczeniem batalii sądowych, zaś pracowników oraz sprzedaż i realizację pobytów przejmuje bezpośrednio OK Humors w imieniu i na rzecz Imperio na podstawie umowy ajencyjnej czy jakoś tak się nazywającej - sorry, ale nie jestem specem od biznesu i nie ogarniam do końca rodzajów umów pomiędzy podmiotami.

No w każdym razie tym razem autentycznie dziękujemy ci, Wojciechu Z., za podrzucenie doskonałego pomysłu na dalsze funkcjonowanie pomimo twoich ataków. My, pracownicy Zamku, w końcu możemy odetchnąć i przestać czekać na nowe pomysły – jeżeli masz jakiś problem, to prosimy wysyłać stosowne pisma do zarządu Imperio. Nas nic z nią bezpośrednio nie łączy, chyba że zostaniemy specjalnie upoważnieni do jakichś działań w imieniu tej firmy, która - zgodnie z prawem wielokrotnie przez ciebie naruszonym - do zakończenia sporu sądowego jest dzierżawcą Zamku i stan taki jakiś czas jeszcze potrwa.

 

*

9.04.2014. Rozprawa w Koszalinie

W tym dniu mają miejsce 2 ciekawe zdarzenia.
Pierwsze z nich to wezwanie przez Wojciecha Z. kominiarza, którego zadaniem ma być wydanie zakazu korzystania z kotłowni zamkowej pod jakimkolwiek pozorem. Tak się nieszczęśliwie dla Wojciecha Z. złożyło, że w ostatnich dniach marca w Zamku pojawia się wielu gości (wojskowi), a kotłownia pracuje bez zakłóceń przez okrągły tydzień dając żołnierzom trochę ciepła w pokojach i gorącą wodę w łazienkach.

Zgodnie z wizją Z. to przecież niedopuszczalne, aby Zamek funkcjonował w ten sposób! Tam nie ma prawa przebywać żaden gość!

Dlatego podejmuje on kolejne próby zablokowania dostępu do kotłowni, tym razem – nazwijmy to umownie – urzędowo. Czasu ma mało, wszak zbliżają się święta Wielkiej Nocy, a te gnoje z Zamku popuszczali ogłoszenia i przyjmują rezerwacje na rodzinne pobyty świąteczne. Kolejna niedopuszczalna rzecz – może tego bandyckiego poimperiowego towarzystwa się nie rozgoni, ale świątecznych gości Zamku i owszem - wystarczy tylko załatwić blokadę możliwości korzystania z kotłowni.

Powiedziałbym, że to całkiem sprytna strategia, wielokrotnie już rozgrywana przez drużynę Z. – gdyby ten kolejny genialny plan wypalił, to nawet pomimo posiadania przez Imperio wyroku nakazującego zwrot dostępu do kotłowni i zakaz ingerowania przez SARP i kogokolwiek działającego w imieniu Stowarzyszenia w jej funkcjonowania, nie dałoby się z niej korzystać przynajmniej do czasu usunięcia jakichś wyimaginowanych usterek, zapewne związanych z kosztownymi naprawami czy inwestycjami.

Kominiarz wyniuchał dość szybko, że postępując zgodnie z zaleceniami Wojciecha Z. będzie miał być może kryminał za poświadczenie nieprawdy (jak to nam później określił opowiadając o spotkaniu z Z.), a być może utratę reputacji i licencji – nawet na siłę nie może znaleźć nic, co by nakazywało wydanie decyzji zabraniającej korzystania z kotłowni… Dlatego nie wydaje żadnej opinii, która byłaby zgodna z oczekiwaniami Wojciecha Z.

Kominiarz ów odwiedza nas przypadkiem kilka miesięcy później i wspomina o tym wydarzeniu. Kiedy uświadamia sobie jak się sprawy w sądach mają, cieszy się, że nie wlazł na tę minę, którą pod Zamek podrzucić nie pierwszy i nie ostatni raz usiłuje Wojciech Z. do spółki z prezesem Stowarzyszenia.

Druga ciekawa rzecz, jaka ma miejsce tego dnia to rozprawa w Koszalinie.  To właśnie do niej były przeprowadzane przez biegłego badania wydajności systemu ogrzewania w Zamku w grudniu 2013 r.

W czasie rozprawy kolejny raz można się przekonać, jak infantylny jest styl sporu stosowany przez SARP, przy czym warto zauważyć, że większość argumentów podniesiona jest przez Wojciecha Z., który jako jedyny reprezentant SARP jest na miejscu w czasie badań - ale świadomie i celowo nie korzysta z możliwości nadzorowania ich, właśnie z myślą o takim, a nie innym przebiegu rozprawy, co zostało przez nas przewidziane już w dniu, kiedy badania te wystartowały.

Pisałem wcześniej jakie argumenty z całą pewnością zostaną podniesione – starałem się wymyślić i przytoczyć najbardziej oczywiste i najgłupsze. No i nie zawiodłem się. SARP powołuje się praktycznie na każdą głupotę, jaką udaje mi się przewidzieć. Kto wie czy nie posiłkuje się treścią niniejszego pamiętnika.  Prawdopodobnie ja – wieśniak spod Tuczna – minąłem się z powołaniem: powinienem był zostać prawnikiem. No bo skoro pijąc wieczorem piwko w trakcie spisywania swoich wspomnień wymyślam idiotyzmy (i jasno zaznaczam przy tym, że to wymysły) przytaczane później przez profesjonalnego prawnika SARP, to… Tak po prawdzie to świadczy o poziomie obsługi prawnej SARP i o niczym więcej.

Wracając do tematu dnia - biegły zalany zostaje pytaniami mającymi przede wszystkim podważyć jego kompetencje i sposób przeprowadzenia badania, co w zamierzeniu SARP ma doprowadzić do odrzucenia jego potwornie niekorzystnej dla stowarzyszenia ekspertyzy. Niekorzystnej, bo opisującej system grzewczy Zamku absolutnie zgodnie z prawdą.
Prezes Ś. zarzuca biegłemu, że nie było go w Zamku non-stop (powinien był w nim zamieszkać?), nie dokonywał pomiarów non-stop (czyli musiałby w nim zamieszkać), nie sprawdzał czy grzejniki są odpowietrzone, nie widział czy pracownicy Zamku przypadkiem nie pootwierali okien, aby maksymalnie wychłodzić Zamek, zarzuca wręcz, że biegły jest w zmowie ze spółką Imperio

Szkoda mi teraz czasu i miejsca na powtarzanie praktycznie toczka w toczkę tego, co pisałem wcześniej. Kto jest tematem poważniej zainteresowany, ten pamięta albo sobie znajdzie stosowny fragment w dodatku nr 4.

 

*

1. 05. 2014. Inauguracja sezonu noclegowego u Wojciecha Z.

I to z ogromnym wykopem! Tego dnia nocuje w wynajętym przez niego pokoju aż 7 sztuk kobiet. Oczywiście nie za darmo. Oczywiście SARP nic z tego nie ma. Ale kto by się tym przejmował – czego SARP’owe oczy nie widzą, tego Stowarzyszeniu nie żal. A że pasożyt na jego organizmie otrzymuje za tę usługę konkretny zastrzyk nieopodatkowanej gotówki, to… Na zdrowie!

A w sumie to dlaczego się czepiam? Czyżbym zazdrościł tych paru stówek?

Umówmy się, że dochód z tej działalności Wojciecha Z. jest tak niski w ujęciu rocznym, że z pewnością nie mieści się w progu minimum dochodu osób fizycznych i nie będzie opodatkowany podatkiem dochodowym, zaś z drugiej strony nie może też sobie odpisać od niczego kosztów prania pościeli, wody i energii (te akurat pokrywa SARP płacąc za wodę, prąd, proszek do prania), więc jeżeli bierze kasę do kieszeni za sprzedane noclegi, to dla fiskusa jest bez znaczenia. Niech sobie chłopina dorobi na piwko skoro Stowarzyszenie płaci tak nędznie za nic nie robienie.

Mnie osobiście smuci konieczność pokazywania już kolejny raz lewizny faceta, który mnie i moich współpracowników od lat oskarża o lewiznę właśnie. No ale czego oczy uczciwej części  Zarządu Głównego SARP nie widzą, o tym nie ma się co rozpisywać, bo znowu mecenaska Stowarzyszenia będzie musiała bezprawnie grozić mi pozwem i żądać nieuzasadnionych przeprosin za wyimaginowane winy, jakich ze względu na braki w edukacji prawniczej dopatrzy się w moich udokumentowanych fotograficznie i zeznaniami świadków relacjach.

 

*

30.05.2014. Wojciech Z. informuje przypadkowego gościa o rzekomo częstych zatruciach pokarmowych w Zamku.

W tym dniu do Zamku przyjeżdża prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich z oddziału poznańskiego – Wojciech Z. nie ma pojęcia z kim rozmawia, więc jak zawsze idzie po bandzie kłamiąc bezczelnie w żywe oczy. Ale o tym za chwilę.

Prezes SSP organizuje coroczne wycieczki członków swojego stowarzyszenia - w 2014 roku chciałby zajechać do Tuczna, zwiedzić miasto, kościół, Zamek, zjeść coś i zrobić godzinny koncert muzyki klasycznej.
Prezesowi SSP bardzo pasuje zatrzymać się w Zamku właśnie ze względu na ten koncert, który idealnie wpasowałby się w klimat miejsca… Ale zanim wejdzie do środka – spotyka na swej drodze Wojciecha Z. A ten jak się tylko dowiaduje, że szykuje się impreza na Zamku, daje czadu i jedzie po pracownikach, zarządzie, firmie… Prezes chyba swoim siódmym, sędziowskim zmysłem wyczuwa jakieś wariactwo w słowach Wojciecha Z. Choć nie do końca daje wiarę jego słowom, najpierw udaje się do wskazanej konkurencji – do Młyna. Po kilku jednak minutach wraca i wchodzi do Zamku. Prosi, aby go oprowadzić po salach oraz opowiedzieć o możliwościach zorganizowania obiadu dla kilkudziesięciu osób. W którymś momencie pozwala sobie na nietypowy żarcik:

     - Mam nadzieję, że wszyscy przeżyjemy ten obiad...

 Ja na to:

     - Oczywiście, że tak - skąd w ogóle taki pomysł? W życiu nikt nigdy nie zatruł tu się jedzeniem.

A pan sędzia na to coś ten deseń:

     - Aha, no ale tamten facet, którego spotkałem koło bramy, mówił, że tu ciągle są zatrucia! Dlatego poszedłem rozejrzeć się tam, gdzie mi pokazał, no ale tam to mi warunki nie odpowiadały, więc zdecydowałem się wrócić do Zamku i popytać tutaj na miejscu, zwłaszcza że coś mi nie pasowało w opowieści tamtego gościa.

W odpowiedzi na tę informację opowiadam w skrócie, że to taki zawistny, złośliwy troll, który usiłuje z osobistych pobudek doprowadzić do upadku firmę operującą w Zamku i przejąć interes we własne ręce.
Pan sędzia stwierdza, że w zasadzie to go nie interesuje i z tego też względu nie powtórzy mi wszystkich tych rzeczy, jakie wygadywał przed paroma minutami facet spotkany koło bramy. Prosi po prostu o zarezerwowanie sali na określony termin, pozostawia swoje dane kontaktowe i odchodzi…

Kilka tygodni później przyjeżdża spora grupa ze Stowarzyszenia Sędziów Polskich, je obiad, przez godzinę słucha gry i śpiewu artystek operowych… Nie tylko oni – przebywający w Zamku goście również rozsiadają się na dziedzińcu, inni podchodzą do okien, i słuchają koncertu na żywo prawdziwej, klasycznej muzyki. Sam zasiadam na schodkach przed Zamkiem i słucham wczuwając się w niezwykły klimat… Taka muzyka tu pasuje, powinno jej być znacznie więcej.

Ach, zapomniałbym. Nikt się jedzeniem wówczas nie zatruł, o co jakże głęboko cały czas troszczy się Wojciech Z. usiłując ratować ludziom zdrowie i życie zniechęcając wszystkich do korzystania z usług Zamku i przyjeżdżania do Tuczna w ogóle. Bardzo dziękujemy za tę troskę, doceniamy starania i zachęcamy do dalszej, bardziej intensywnej pracy na tym polu, bowiem jej efekty na tę chwilę są niestety, marne i konieczna jest poprawa. Jak by nie patrzeć, na 3 lata nieustannych starań pogrążenia Zamku w niebycie tylko jeden klient połyka ów zatruty haczyk – niejaki burmistrz Tuczna, który Zamek od tego czasu ma gdzieś i nie interesuje się nim, chyba, że naprawdę musi ze względów wizerunkowych.

 

*

16.06.2015. Dostawa gazu

Generalnie to nie ma w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Wojciech Z. zamawia gaz na koszt SARP tylko po to, aby mieć ciepłą wodę na swoje prywatne potrzeby – w tym także na potrzeby gości, którym organizuje noclegi.

Jak widać rozrzutność i hojność Stowarzyszenia jest bezgraniczna biorąc pod uwagę, że jedynym efektem utrzymywania na miejscu Z. jest zalew nic nie wnoszących do sprawy konfliktu zdjęć, miriady telefonów do Prezesa informujących o biegających po terenie wiewiórkach i ogólnie narastająca - niestety, w zbyt niewielkim stopniu - niechęć to tego faceta w gronie ZG SARP.

 

*

18.06.2015. Wojciech Z. spełnia obietnicę daną przedstawicielowi SARP.

W tym dniu Wojciech Z. bierze się za robotę, o którą proszony jest od kilku miesięcy przez przedstawiciela SARP co miesiąc wizytującego Zamek. Nie – nie usuwa powalonych drzew, to zadanie go przerasta i jest za bardzo dlań nieopłacalne.

Po prostu porządkuje teren otaczający jego osobisty chlew, z wykorzystaniem narzędzi skradzionych spółce Imperio…
Później jednak okazuje się, że nie ma to absolutnie żadnego związku z poleceniami każdego miesiąca wydawanymi przez reprezentanta SARP ani z wizerunkiem Zamku - po prostu jadą jego prywatni goście, którym sprzedaje noclegi w pawilonie.

Czego nie wymogło polecenie służbowe SARP, to załatwił jeden telefon od kumpla informującego, że zaraz wpadnie kasa…

 

*

28.06.2014. Mocna prowokacja Wojciecha Z. - próba zakłócenia imprezy weselnej.

Tutaj żałuję, że do opisywania zdarzeń przystępuję po wielu tygodniach od ich wystąpienia, bowiem wiele szczegółów już się zatarło w mojej pamięci.

Tego dnia miało miejsce wesele w Zamku. Wesele piękne, stylizowane – goście poprzebierani w historyczne stroje, z pokazami rycerskimi… Jedną z zamówionych usług było piwo lane z roll-baru ustawionego na dziedzińcu, tuż przy wejściu do Zamku.

W świetle późniejszych wydarzeń można śmiało przyjąć założenie, że to właśnie skłoniło Wojciecha Z. do zasugerowania swoim kolegom próby wdarcia się na imprezę i skorzystania z możliwości ochlania piwskiem za darmochę, optymalnie zrobienia jakiejś burdy i ogólnie popsucia imprezy. Koledzy pozbawieni najwyraźniej poczucia etyki, tudzież instynktu samozachowawczego, postanawiają wziąć udział w prowokacji.

Tak więc 2 kolegów Wojciecha Z. ukrytego za drzewem – już lekko wstawionych – cichaczem przemyka pod dziedziniec, a potem szybcikiem pod roll-bar.
Barman oczywiście odmawia podania alkoholu tym facetom widząc, że nie są weselnikami. Trudno ich zaliczyć do takowych nawet licząc na głupotę czy brak spostrzegawczości obsługi roll-baru – wszak noszą współczesne stroje miast historycznych, a w tym czasie w Zamku współcześnie ubrana jest wyłącznie obsługa oraz dosłownie garstka gości, których barman już pamięta.

Sytuacja zaczyna się zaogniać, prowokacja zaczyna się rozkręcać, Wojciech Z. jak wańka-wstańka wygląda raz zza jednej, raz zza drugiej strony drzewa, a na pomoc barmanowi przychodzi pan młody i kilku weselników. 2 intruzów zostaje ostatecznie wyproszonych i odchodzą o suchym pysku. Ale… jeden z nich ma pecha. Opuszczając dzieciniec potyka się, przewraca i paskudnie rozcina sobie o kamienie skórę na głowie. Leje się krew, wygląda to paskudnie, ale poza rozcięciem skóry nie ma żadnych innych obrażeń.

I nagle, jak duch, z ciemności wyłania się nasz wybitnie zatroskany o losy Zamku i kolegów Wojciech Z. Zaczyna się darcie japy, które można streścić mniej więcej tak:

- ludzie na Zamku pobili ciężko niewinnego człowieka zupełnie bez powodu, bandziory jedne, wołać policję i pogotowie, będę świadkiem, wszystko widziałem.

Z racji upływu czasu nie pamiętam już czy Policja była na miejscu. Na pewno pojawia się pogotowie, które zabiera podchmielonego i krwawiącego delikwenta do szpitala na szycie i dokładniejsze badania. Nie spędza on tam jednak zbyt wiele czasu, gdyż już nazajutrz pojawia się… a jakże, gdzieżby indziej, jak nie z odwiedzinami u Wojciecha Z., by zdać mu relację z wydarzeń i zapewne zastanowić się nad dalszymi krokami. Bo może da się zdarzenie jakoś wykorzystać, by oczernić ludzi z Zamku.

Być może ów bestialsko napadnięty i ciężko pobity w Zamku człowiek ma trochę więcej oleju w głowie, niż Wojciech Z., być może Z. uznaje, że nici z jego planu, bo za dużo świadków i jego wersja historii nie przejdzie nigdzie poza opowiadaniem jej pośród grona zaufanych kolegów przy browarku. W każdym razie prowokacja umiera śmiercią naturalną.

Pojawia się stutysięczny raz pytanie - po co to wszystko? Szukając odpowiedzi można przyjąć, że:

  • jak się koledzy wedrą i nikt ich nie wywali, to będą mieć picie i żarcie za darmo do oporu - czyli profit, a potem będzie można opowiadać na prawo i lewo jaka to obsługa Zamku jest do bani, bo nie potrafi rozpoznać i usunąć intruzów z zamkniętej imprezy, zrobi się z tego wielką aferę i nikt już u nich żadnej imprezy nie zrobi - profit dla Z.
  • jak ich wyproszą, no to trudno, nic się nie stanie, ale może uda się chociaż po piwku najpierw wynieść… też profit.

Przypadek sprawia, że Wojciech Z. ukrywający się za drzewem z dystansu obserwując potkniecie się kolegi ma możliwość lotem błyskawicy znaleźć się na miejscu i próbować stworzyć atmosferę ciężkiego przestępstwa. Jednakże jedyne, co osiąga swoim nagłym pojawieniem się, to spalenie prowokacji.

Nazajutrz odbywa się jeszcze tylko mała narada na temat "Zamkowe rewelacje Wojciecha Z. - czy coś można na nich ugrać" - z samego rana, niemalże o świcie. Zapewne z powodu wczesnej godziny nikt nie jest w stanie nic sensownego wymyślić i wydarzenia poprzedniego wieczora przechodzą do historii, o której Wojciech Z. jako kombatant walki o przejęcie Zamku będzie z dumą opowiadać swoim wnukom sącząc piwko bezalkoholowe (z powodu ciężko chorej wątroby) przy zamkowym kominku, w którym palić się będzie drewno pozyskane z wiatrołomów, a którego sąsiad nie chciał odkupić.

Podsumowując całe zdarzenie – Wojciech Z. funduje nam coraz ciekawsze przygody. Jego osoba przypomina mi szpiega z Krainy Deszczowców – postać z kultowej bajki o przygodach profesora Gąbki i Smoka Wawelskiego . Niby potrafi poważnie utrudnić życie pozytywnym bohaterom, ale ostatecznie okazuje się być idiotą i z jego działań nic nie wynika poza koniecznością dalszego knowania.

Tej samej nocy znani mi osobiście goście weselni usuwają ławkę od 1,5 roku zagradzającą przejazd drogą obok pawilonu, którą z racji kształtu przekroju nazywamy potocznie „klęcznikiem”.
Wiadomym jest, że klęcznik ten jest oczkiem w głowie Wojciecha Z. Pilnuje go dzień w dzień, poprawia jego położenie, gdy nieopatrznie ktoś przejeżdżający obok zahaczy o końcówkę i lekko przekrzywi, czy nie daj Boże, postawi obok (co się już raz zdarzyło).
Jednocześnie jest to udrożnienie drogi przeciwpożarowej – ale oczywiście ani Wojciech Z., ani przedstawiciele SARP nie mają tego świadomości.
Gdy przy okazji następnej kontroli 1. lipca 2014 Z. skarży się reprezentantowi SARP, że jego blokada została zlikwidowana i prosi o interwencję, moja odpowiedź jest taka, jak wyżej.
Ale tutaj ciekawostka – ponoć informując przedstawiciela SARP o zabraniu ławki w celu udrożnienia przejazdu i zachowaniu stanu zgodnego z przepisami p.poż dotyczącymi Zamku zachowuję się chamsko, wulgarnie i w ogóle reprezentant SARP nie spodziewał się, że jestem takim agresywnym bydlakiem… Ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą jakie agresywne bylę jestem...

Kiedy dowiaduję się, że takie wrażenie wywarłem na człowieku, szczęka mi opada do poziomu podłogi, a po zebraniu rozsypanych zębów i sklejeniu ich trzęsącymi się rekami z poturbowaną szczęką z pomocą Super Glue, kolejny raz ląduje ona na podłodze… Sorry, taka grawitacja ciężkich zarzutów o bestialskie potraktowanie reprezentanta SARP... Nic tu się nie chce kleić, nic tu się kupy nie trzyma. Pan R. z Warszawy, który do tej pory sprawiał wrażenie osoby neutralnej, okazuje się bezczelnie okłamywać przez telefon Agnieszkę N. na temat mojego zachowania. Co się dzieje z tymi ludźmi w SARP? Mają oni tam jeszcze jakieś resztki godności, poczucia etyki?

Nie mam więcej nic do powiedzenia na ten temat.

Wracając do tematu zlikwidowania blokady przejazdu należy im jeszcze raz to wyłuszczyć dokładnie tak samo, jak wówczas w Zamku, zwłaszcza Wojciechowi Z., któremu ewidentnie bardzo, ale to bardzo leży na sercu interes, stan i bezpieczeństwo Zamku w Tucznie.

Tak, powyższe to sarkazm. W rzeczywistości gdyby w Zamku wybuchł pożar, jedyne co by zrobił Z. to zanucenie pod nosem popularnego w USA szlagieru ze słowami:

The roof, the roof, the roof is on fire
we don't need no water, let the motherfucker burn!
Burn, motherfucker, burn!
Burn, motherfucker! Burn!

Ach, gdyby panowie znali Instrukcję Bezpieczeństwa Pożarowego Zamku Tuczno i obowiązujące przepisy... Szczególnie Wojciech Z., który jako kiedyś tam kierownik obiektu winien był się z nią zapoznać najdalej na drugi dzień po zajęciu kierowniczego fotela.
A według tej instrukcji miejscem ewakuacji jest parking przy bramie, a drogami pożarowymi, których nie wolno niczym zastawiać z mocy przepisów, jest m.in. droga przy pawilonie, która służy do przejazdu jednostek biorących udział w ewentualnej akcji.

Kiedy im to tłumaczę, ponoć wychodzę na chamskiego, wulgarnego buraka, który chce z nich zrobić idiotów wbrew wszelkiej logice…  Wielka szkoda, że nie wpadłem wówczas na pomysł rejestrowania dźwięku z tego spotkania – zobaczylibyśmy jak bardzo chamski rzekomo byłem. Po tym zdarzeniu w celu demaskowania fałszywych oskarżeń rejestruję każde takie spotkanie.

Podejrzewam, że najbardziej zbulwersowany moim tłumaczeniem jest Wojciech Z., dla którego ów klęcznik od 1,5 roku jest jak relikwia, a moje tłumaczenia są w naszej sytuacji obrazoburcze i heretyckie, bo… ten pajac Szymański chyba ma rację, ale to tak być nie może, bo racja jest tylko jedna – tylko jego, Wojciecha Z., a jego racja jest zawsze „najjegowsza”.

W tym samym dniu do Zamku omyłkowo wchodzi serwisant firmy O. Otóż wedle jego słów na Zamkowej 1 zgłoszono problem z działaniem Internetu… Sprawa od razu się wyjaśniła i wysyłam serwisanta do Wojciecha Z.

Dzięki tej przypadkowej wizycie dowiadujemy się, że Wojciech Z. jest abonentem szerokopasmowego łącza internetowego. No może nie on osobiście, ale korzysta z takowego.
To oznacza, że operator O. musiał ku wygodzie i uciesze Wojciecha Z. stworzyć nowe przyłącze - przeciągnąć kable, zamontować gniazdka, uruchomić usługę, nowy numer. Widocznie Wojciechowi Z. bardzo doskwierał brak dostępu do szybkiego Internetu, więc namówił prezesa SARP na zafundowanie mu takiego łącza. Pretekst oczywiście jest - plan stworzenia monitoringu i udostępnienia go on-line prezesowi…

Kto za to zapłacił i w dalszym ciągu płaci? Czy nie jest to przypadkiem inwestycja kompletnie zbędna? Nie - nic nie jest zbędne, co służy wygodzie Wojciecha Z.

W tymże okresie facetowi temu zaczyna się lepiej powodzić. Opycha swoje stare, sprawiające masę problemów auto, jakiemuś frajerowi (nie znam człowieka, ale dla mnie frajerem jest każdy, kto kupił takie auto, zwłaszcza za więcej, niż 500 zł) i niebawem staje się właścicielem pięknego , choć nie najnowszego Seata. Auto także sprawia od czasu do czasu problemy, ale od czego jest zaprzyjaźniony mechanik zza płotu, który kiedyś dostaje w bardzo promocyjnej cenie drewno wywiezione z zamkowego parku…

 

 *

Ok. 29.07.2014. Wojciech Z. atakuje członka SARP wypoczywającego w Zamku.

Pan W., wieloletni i zasłużony członek SARP, wypoczywa z żoną w Zamku Tuczno. Ostatniego dnia pobytu pan W. szykując się do pakowania swoich rzeczy po wielodniowym pobycie w Zamku przestawia swoje auto w cień, w pobliżu budynku okupowanego przez Wojciecha Z., i zostawia je na dróżce po lewej stronie rzeczonego budynku (patrząc od strony Zamku).

Pan W. w pokoju 110 spokojnie pakuje swoje rzeczy do walizek, a w tym czasie z pawilonu wypada  Wojciech Z., zauważa auto stojące w pobliżu swoich włości i wielce zbulwersowany podchodzi pod dziedziniec Zamku, po czym zaczyna jebać (przepraszam za wulgaryzm, ale nie mam innego słowa na określenie jego zachowania w tym czasie) kompletnie, zupełnie i absolutnie przypadkowych gości siedzących na dziedzińcu Zamku i korzystających z dobrodziejstw piekącego słoneczka.
Jebie ich ostro żądając natychmiastowego przestawienia tego autka gdziekolwiek, byle nie w pobliżu tamtego budynku. 

Jak już cały jego jad zostaje wypluty, oddala się, zaś po chwili do recepcji Zamku przychodzą owi zjebni goście i pytają co to za facet, czego chce i jakim prawem ich tak chamsko zbluzgał… Przecież to nawet nie jest ich samochód…

Pan W., "winowajca" – tak go określmy – paręnaście minut później schodzi z walizami, zabiera auto, pakuje się i dziękując za miły pobyt i pyszne jedzenie odjeżdża. Po 5 minutach wraca oddać zamkowy ręcznik, który przypadkowo zabrał wraz ze swoimi rzeczami…

Wojciech Z. nie ma szacunku nawet wobec SARP, swojego aktualnego żywiciela. Dowody tego dawał, daje i dawać będzie do czasu, aż Stowarzyszenie przestanie dawać się dymać. Zachowanie Z. z tej perspektywy nie dziwi - traktuje SARP jak dziwkę, więc o jakim szacunku może by mowa?

Uważny czytelnik zwróci uwagę, że Z. nie wie kto gości w Zamku, kto jest członkiem SARP, a kto nie. Ale jakie ma to znaczenie w sytuacji, gdy z pianą na mordzie opieprza ludzi za dosłownie przejście obok "jego" budynku? Zwłaszcza, że dawał wielokrotnie dowody, iż w jego chorym mniemaniu w Zamku Tuczno nie może i nie ma prawa być żadnego członka SARP. Konflikt jest. A poza tym na pewno recepcja nie przyjmuje gości ze stowarzyszenia, bo przecież ich nienawidzi…  Na pewno… No na pewno.  A jak już, to tylko zdrajców Stowarzyszenia, a tych można jebać, bo nie są poważnymi ludźmi.

 

*

03.08.2014. Kolejna agresywna napaść słowna na gości Zamku

W tym dniu pewni goście parkują auto w cieniu w pobliżu budynku okupowanego przez Z., podobnie, jak w wyżej opisanym wspomnieniu, ale w innym miejscu.

Tenże wypada i znów atakuje niczym wściekły buldog niczego nie spodziewających się ludzi. Tym razem umówmy się, że ma rację – stanęli dosłownie kilka metrów od ścian budynku zabierając Wojciechowi Z. wolną przestrzeń otaczającą obiekt i zmuszając go do kręcenia kierownicą swojego autka w sytuacji, gdyby zechciał w tamtym momencie pojechać do Lewiatana po piwo. Sytuacja niewątpliwie tym razem usprawiedliwia wściekłe ujadanie na ludzi.

Chyba Z. tego dnie nie pobzykał, bo jeszcze emocje nie opadły, a ten znowu leci pod dziedziniec Zamku zjebać ostro faceta, który w celu przepuszczenia innego auta na kilka chwil wjeżdża i zatrzymuje się dwoma kołami na trawniku.
Wojciech Z. zgodnie z umową obowiązującą do grudnia 2013 ma zajmować się pielęgnacją i konserwacją terenów zielonych związanych z Zamkiem.
Jak wiemy, do tej pory jedynie gromadzi śmieci na tym terenie, względnie sprzedaje drewno pochodzące z wiatrołomów i wiatrowałów, a pielęgnacją zieleni zajmuje się jedynie z konieczności, pod warunkiem dodatkowego profitu i aby unikać obciachu w oczach dalszych znajomych.

Nie jest jednocześnie w stanie przeboleć faktu, że ktoś czasem przejedzie 2-ma kołami po trawniku Zamku, który nota bene pielęgnowany jest w całości przez pracowników Zamku. Zawsze gdy widzi takie sytuacje szlag go trafia i wypada ze swojej pieczary z pianą na mordzie, jak wściekły pies, z jak najbardziej wrodzoną, naturalną potrzebą ujadania dla zaznaczenia swojej obecności. Można śmiało przyjąć założenie, że agresja wobec innych ludzi to swoista, choc przykra dla otoczenia, metoda dowartościowania się przez Z.

Pan W. – mąż pani W., doktorantki na pewnym uniwersytecie – przyjmuje atak Wojciecha Z. z pełną godnością prosto na klatę, choć stoi przy samochodzie faktycznie stojącym w tym czasie dwoma kołami na zielonym... Pozwala wściekłemu psu wyszczekać się, po czym inicjuje merytoryczną dyskusję.

Proszę sobie wyobrazić, że rozmowa z panem W., który przytacza w niej obiektywne i merytoryczne argumenty, uspokaja Wojciecha Z.! Co więcej, pan W. miażdży wręcz wszelkie zarzuty i racje Z., i to na tyle, że sam Z. zaczyna się śmiać z własnej głupoty

I to właśnie najbardziej zdenerwowało i przeraziło pana W. To, że Wojciech Z. pod koniec dyskusji zaczyna się śmiać z własnego ataku uznając go za faktycznie głupi i nieuzasadniony. Dopiero w tym momencie pan W. poczuł się niepewnie i zagrożony. Na szczęście Z. w tym momencie oddala się udając do swojej budy.

Pan W. kilka minut później w recepcji Zamku relacjonuje przebieg rozmowy z Wojciechem Z. i generalnie konkluduje, że w momencie zaśmiania się Z. ogarnął go strach, że ma do czynienia z niepoczytalnym facetem… Historię tę opowiada jeszcze kilka razy, także gościom Zamku, którzy są świadkami wydarzeń, ale nie słyszeli wszystkiego bądź nie wiedzą, że ów nieprzewidywalny facet jest byłym dyrektorem/kierownikiem Zamku liczącym dzięki prywatnym układom na powrót na stanowisko.

 

*

3.09.2014. Założenie monitoringu.

Wojciech Z. w tym dniu realizuje pomysł, który:

  • po pierwsze: jest prosty
  • po drugie: za darmo (czytaj: na koszt SARP)
  • po trzecie: uwolni Wojciecha Z. od wydumanej konieczności przebywania non-stop na terenie Zamku
  • po czwarte: da profit w postaci zarabiania na Zamku na dotychczasowych warunkach praktycznie bez kiwania palcem + nieskrępowaną możliwość dodatkowego zarabiania np. jako pełnoetatowy pracownik jakiejś firmy gdzieś w Tucznie lub właściciel stoiska z żarówkami w jakiejś galerii handlowej.

Pomysłem tym jest zainstalowanie kilku kamer do monitoringu z dostępem on-line.

Przede wszystkim Z. nie musi już dzięki temu rozwiązaniu przebywać na terenie Zamku, by wszystkie zauważone zdarzenia opisywać i przesyłać w formie notatek służbowych do Mariusza Ś. - w końcu wszystko widać jak na dłoni i wszystko jest zarchiwizowane, a notatki to tylko w wyjątkowych sytuacjach trzeba będzie sporzadzać.

Po drugie - skoro Z. nie musi już pilnować terenu osobiście, to może spokojnie i nieskrępowanie pomieszkiwać w tzw. Szwalni u kobiety, z którą udało mu się – tak to nazwijmy – „zaprzyjaźnić”. Z tej możliwości zaczyna wkrótce po zainstalowaniu kamer regularnie korzystać znikając wielokrotnie na wiele dni z rzędu. A SARP nadal daje 3 k PLN za dozór...

Ekipa montuje kilka kamer, w tym co najmniej jedną wycelowaną bezpośrednio na Zamek. Co prawda nie ma w tym temacie żadnych uregulowań prawnych, ale chyba każdy przyzna, że sąsiad permanentnie filmujący posesję sąsiada i jednocześnie niezdrowo tym się podniecający to trochę dziwna sytuacja...

Cały system zostaje podłączony do kablowego Internetu od O., który Wojciech Z. załatwia sobie nieco wcześniej na koszt SARP.

Jaki jest tego efekt? Nie wiem… Dla mnie na pewno Wojciech Z. staje się w tym momencie całkowicie zbędny, a wręcz obciążeniem dla SARP, które musi ponosić zupełnie niepotrzebnie koszty życia pasożyta. Biorąc pod uwagę, że materiały wykorzystane w budowie systemu monitoringu nie należą do najtańszych, a sam system wykonuje wynajęta firma, choć każdy w miarę ogarnięty człowiek potrafiący posługiwać się młotkiem i wiertarką może zrobić to samo bez płacenia czegokolwiek komukolwiek - koszty te są absurdalnie wysokie. Dlaczego tak uważam? Otóż w hotelu, w którym pracuję od końca 2015 roku sam zakładałem monitoring pomieszczeń - montowałem kamery, kable, system podglądu i rejestracji oraz konfigurowałem dostęp on-line. Przy tym wiertarką posługuję się jako-tako. Więcej czasu zajęło zaplanowanie gdzie co ma się znaleźć, niż sam montaż, a jedyny poniesiony koszt oprócz zakupu kamer to był zwykły kabel ethernetowy po 1 zł za metr oraz spinki pozwalające na doczepienie kabli do ścian. 

Wracając do tematu - obecnie każdy człowiek, a zwłaszcza członkowie zarządu SARP posiadający dane dostępu do kamer, w tym oczywiście prezes Ś., mogą w każdej chwili zobaczyć co się dzieje lub działo ostatnio na terenie Zamku i w razie potrzeby podjąć jakieś działania zgodnie ze swoją wolą.
Obecność tu Wojciecha Z. w sytuacji zaimplementowania takich rozwiązań technicznych staje się kompletnie zbędna i generuje tylko i wyłącznie koszty.
No ale cóż, jak się mieliśmy okazję wielokrotnie przekonać na przestrzeni ostatnich lat, dla panów Z. i Ś. Stowarzyszenie jest dobrą mamusią kupującą wszystkie wymarzone zabawki, która swoich dzieci nigdy się nie wyrzeknie, nawet jeżeli nie kochają jej one zupełnie i są z nią wyłącznie dla kasy...

W SARP brakuje człowieka, który mógłby wziąć to wszystko w garść, stać się managerem z prawdziwego zdarzenia, oderwać pasożyty od ciała i ograniczyć zbędne wydatki. Zamiast tego są apele o wpłacanie składek, sprzedawanie powierzchni reklamowych na zabytkach znajdujących się we władaniu SARP i na stronie internetowej, żebranie o dotacje i… produkowanie wydatków w corocznych sprawozdaniach finansowych Stowarzyszenia.

Tutaj prośba do kogoś ogarniętego w temacie księgowości - czy może mi pan/pani wytłumaczyć o co chodzi z tymi milionami rzekomo przeznaczanymi co rok na modernizację Zamku? Bo ja nie wiem, nie rozumiem, nie mam czasu, zarobiony jestem...

Jak widać na załączonym obrazku z dokumentu złożonego w Urzędzie Skarbowym – w 2013 roku SARP rozlicza aż 1,378 mln zł (jeden-koma-trzy siedem osiem milona zł) nie wiadomo kiedy zainwestowane w Zamek Tuczno.

Ja się pytam – czy i w co zainwestowano? W czasie konfliktu w 2013 roku, gdy rzekomo SARP nie miał dostępu ani wstępu do Zamku? W czasie, gdy Wojciech Z. zajął kotłownię i pawilon i odmówił udostępnienia ich w celu podtrzymania funkcjonowania Zamku? 1,38 mln zł zainwestowano dokładnie w co? W elewację? Wnętrza? Na jakie tytuły i jakie podmioty wystawiały faktury na łączną kwotę podaną wyżej? Na czyje zlecenie? Przecież każdy, kto wchodzi do Zamku od razu widzi, że na remonty czy modernizację obiektu nie wydano od kilkunastu lat więcej, niż kilka tys. zł - a i to tylko na remonty bieżące.

A gdzie jest kasa przeznaczona na Zamek w 2012 roku - także 1,37 mln zł – zgodnie z dokumentem złożonym w US w poprzednim roku?

A gdzie jest kasa rozliczona na Zamek jako modernizacja w 2014 roku (o 50 tys. mniej, niż w poprzednich latach)??? No bo wykazana jest w sprawozdaniu sporządzonym w 2015 roku, co ilustruje poniższy obrazek:

Przypominam, że na decyzje konserwatora zabytków nakazujące remont elewacji jedyna odpowiedź zarządu SARP brzmiała „my byśmy chcieli, ale się nie da, bo nie mamy tu wstępu”. No skoro wstępu nie było, to gdzie jest kasa opisana jako zainwestowana w Zamek? Ewidentnie ktoś w ZG SARP gubi się już w swoich kłamstwach...

 

 *

6.09.2014. Wernisaż prac graficznych… SARP

W tym tygodniu w Zamku – ponoć wciąż bardzo wrogo nastawionym do SARP – wypoczywają przeważnie emerytowani członkowie Stowarzyszenia z całej Polski w liczbie kilkunastu dusz. Wypoczynek ów organizują sobie w postaci pleneru plastycznego. Przez kilka dni malują oni różnymi technikami Zamek i Tuczno.

Na 6. września goście Zamku planują wystawę swoich prac – nowych i starych. Zapraszają na nią m.in. burmistrza Tuczna. Delegacja, która udaje się do Urzędu Miasta po przedstawieniu celu swojej wizyty dowiaduje się, że jednak pan burmistrz nie przybędzie, bo ma inne plany. Wielka szkoda – ale wszyscy wydają się rozumieć, że burmistrz w sobotę pomiędzy 15:00 a 17:00 załatwia bardzo ważne sprawy, by mieszkańcom gminy żyło się lepiej…

No to może chociaż kogoś oddeleguje, aby władza lokalna była godnie reprezentowana? Przecież nie byle kto prosi – członkowie SARP, właściciele Zamku, bez którego Tuczno nie byłoby nigdzie znane. A jednak nici i z tego pomysłu. Burmistrz najwyraźniej ma aż tak wielkiego focha na Zamek, że nawet starszym ludziom, zasłużonym architektom, starym, dobrym, regularnie odwiedzającym Tuczno nie chce zrobić nawet tej małej przyjemności i wysłać choćby sprzątaczkę pracującą w Urzędzie na wernisaż. Przecież nikt by nie pytał o jej zajęcie – wystarczyłoby powiedzieć „jestem z Urzędu” i już gościom zrobiłoby się milej.

Ech, polityka…

Na szczęście honor Tuczna uratowali lokalni artyści, którzy – choć nieliczni – jednak przybyli i godnie reprezentowali miasto. Widocznie im losy Tuczna leżą bardziej na sercu, niż burmistrzowi.

W trakcie wspominanego pobytu członków SARP Wojciech Z. nie zmienia swojego nastawienia i jak każdego innego intruza przepędza także ich spod swojej posiadłości, z niektórymi wdając się w dyskusje i opowieści o nielegalnych działaniach firmy Imperio, kradnących pracownikach, niszczonym Zamku… - znamy już wszystkie te śpiewki.

Niektórzy z gości przychodzą do mnie zasięgnąć dokładniejszych informacji „kim jest ten dziwny facet mieszkający przy bramie”. Po kilku zdaniach wstępu odsyłam wszystkich do niniejszego pamiętnika, w jednym przypadku robimy sobie małą konferencję, w czasie której odpowiadam na zadane pytania. Co się rzuca w oczy to fakt, że będąc wg oficjalnej narracji śmiertelnymi wrogami siedzimy sobie przy jednym stole popijając kawę i wspólnie ubolewając nad losem Zamku…

 

 *

10.09.2014. Ciekawy wyrok na korzyść Imperio.

W tym dniu w Sądzie Okręgowym w Koszalinie zapada wyrok, który winien był zapaść przynajmniej 2 lata wcześniej.

Otóż sąd postanawia przywrócić spółce Imperio wyłączne posiadanie budynku administracyjno – gospodarczego za wyjątkiem pomieszczenia, w którym mieszka Wojciech Z. To ostatnie wynika z innego paragrafu, który nie był przedmiotem sprawy, a zatem jeżeli Imperio chciałoby uzyskać nakaz eksmisji tego tuczynianina musiałoby założyć sprawę w oparciu o zupełnie inne przepisy.

W każdym razie sytuacja jest następująca: do czasu zakończenia sprawy o dzierżawę Imperio jest wyłącznym posiadaczem zarówno Zamku, jak i budynku przy bramie.

Niestety, tylko w teorii. Wojciech Z. w porozumieniu z prezesem SARP nie ma najmniejszego zamiaru oddawać kluczy do 2 pomieszczeń mieszkalnych na parterze, dawnej pralni, szopy, garaży…
Wszak do kotłowni klucza nie oddawał przez kilkanaście miesięcy po uprawomocnieniu się wyroku i nic złego mu się nie stało, to i teraz nie zastosuje się do kolejnego.

Opisywany wyrok uprawomocnia się i rusza procedura odzyskania dostępu z pomocą komornika. Imperio najpierw uzyskuje klauzulę wykonalności, następnie przekazuje sprawę komornikowi z Wałcza. A ten robi problemy… Nie, nie odmawia – ale nieoczekiwanie za przeprowadzenie eksmisji żąda tyle pieniędzy, że nam wszystkim szczęki opadają…

 

*

1.10.2014. Wyrok nakazujący Imperio oddanie Zamku.

Tego dnia w Sądzie Rejonowym w Koszalinie zapada wyrok, w myśl którego spółka Imperio zobligowana jest do zwrócenia Zamku Stowarzyszeniu Architektów Polskich po uprzednim jego opróżnieniu z mienia ruchomego oraz pracowników.

Wyrok jest jak najbardziej słuszny w mojej opinii i od dawna oczekiwany – aczkolwiek w dalszej części dotyczącej różnych opłat rozmija się z rzeczywistością.

Otóż w wyroku tym uznano, że nie ma znaczenia nic poza wypowiedzeniem umowy dzierżawy z dnia 1.02.2012. Czyli odrzucono większość zeznań świadków, których przesłuchano zaledwie marginalną ilość spośród zgłoszonych i odrzucono opinię biegłego na temat problemów z ogrzewaniem – Sąd uznał, że brak możliwości ogrzania Zamku w zimie, a więc wada ukryta, w tym procesie nie ma żadnego znaczenia i wypowiedzenie było zasadne.

Trudno polemizować z wyrokiem, który oparty jest na zupełnie innych przesłankach, niż wynikające z pozwu…

Obrazowo opisując wszystko dwoma zdaniami - Imperio idzie do sądu z żądaniem odszkodowania, bo czuje się oszukane i ponosi straty.  Sąd wbrew zeznaniom świadków i ekspertyzie biegłego uznaje, że nie masz racji, widziały gały co brały, więc spadaj frajerze.

Wojciech Z. zaczyna świętowanie! Informuje wszystkich swoich znajomych o bezkompromisowym zwycięstwie nad Imperio.  Lokalny celebryta, „przyjaciel” Wojciecha Z., który - zakładam - ma nadzieję na powrót do Zamku na całodzienne i nocne balety na koszt Zamku – jak to kiedyś bywało - niejaki Marek G., zamieszcza za namową Wojciecha Z. na znanym portalu społecznościowym wpis o treści:

„Ciekawe, że nikt nie zauważył wyroku sądu, uznającego prawa SARP, czyli właścicieli tuczyńskiego zamku, w sporze z bandytami ze spółki Imperio. Gdzie pan Szymański ze swoimi komentarzami?

Oczywiście Imperio będzie się jeszcze odwoływać we wszystkich możliwych instancjach, żeby jak najdłużej czerpać zyski z bezprawnie zajmowanej nieruchomości, ale droga do odzyskania zamku przez prawowitych właścicieli jest rozpoczęta.

Mam nadzieję, że problemy, jakie SARP miał skutkiem beztroskiego zarządzania i braku właściwego nadzoru spowodują, że zainteresuje się teraz bardziej losami tego obiektu i znajdzie sposób na jego lepsze funkcjonowanie, z pożytkiem również dla naszego miasta.”

Jak widać znany w Tucznie miłośnik odmiennych stanów świadomości jeszcze jest na haju - nazywa mnie bandytą ze spółki Imperio. Właściwie to już powinienem się przyzwyczaić do takiej inwektywy.

Jedyne, co tutaj rzuca się w oczy, to oprócz propagandy Imperio - bandyci ścisła współpraca z Wojciechem Z., który przekonuje swojego kolege do wyższości wyroku na korzyść SARP nad wyrokiem na korzyść Imperio.

Panie G., dlaczego się Pan miesiąc wcześniej nie upominasz o zwrot budynku a-g, który w myśl wyroku na korzyść Imperio nielegalnie zajmuje Twój kolega, Z.? Dlaczego Pan nie napisałeś „gdzie jest pan Z. ze swoimi komentarzami” na tę okoliczność? Jesteś Pan artysta i krzewiciel kultury, a weny brakuje?

 

 *

21.10.2014. Niegasnące światełko

Data wpisu jest jak najbardziej przypadkowa. Nieprzypadkowo jednak światło pali się u Wojciecha Z. 24 godziny na dobę (w dzień i w nocy) przez 365 dni w roku, czego koszty ponosi oczywiście SARP.
Światełko owo świeci się bez jakiegoś możliwego do ustalenia lub wydumania powodu – najwyraźniej tylko i wyłącznie dla samego świecenia się.

Być może Z. w swojej wybujałej fantazji wyobraża sobie, że któregoś dnia pracownicy Zamku będą chcieli wedrzeć się do piwnicy i coś ukraść, jak na rasowych złodziei przystało. Ale wówczas taka lampeczka nad schodami wręcz ułatwi wtargnięcie, miast mu przeciwdziałać. A może Z. traktuje to oświetlenie jako czynnik odstraszający? Trudno powiedzieć.

W każdym razie z krótkimi przerwami (może kilkadziesiąt godzin łącznie) światełko tamże świeci się od ponad 2 lat non-stop, bez żadnego widocznego gołym okiem celu.

Po co ten nic nie znaczący wpis? Nie taki bez znaczenia - pokazuje w jaki jeszcze jeden sposób marnotrawione są środki finansowe SARP dzięki uprzejmości Wojciecha Z.

 

 *

6.01.2015. Zgoda na odmalowanie wnętrz Zamku

Podczas kolejnej wtorkowej inspekcji stanu Zamku przedstawiciel SARP na nasze pytanie o możliwość odświeżenia ścian ku naszemu zaskoczeniu nie widzi problemu. Skoro jest taka potrzeba, to proszę bardzo, malujcie… A konserwator? A co konserwator? Malowanie ścian nie wpływa w żaden sposób na stan zabytku, a wręcz przeciwnie – konserwuje i upiększa. Po co w ogóle pytać?

Nagle pojawia się wiele pytań. Czy to jakaś prowokacja? Czy może faktycznie wspólna zgoda dla dobra Zamku? Wszak osobiście pytałem konserwatora wizytującego Zamek w 2013 roku właśnie o kwestię malowania ścian – czy możemy to zrobić samodzielnie i czy wymagana jest jego zgoda. Dowiedziałem się wówczas, że nie możemy ot tak sobie pomalować czegokolwiek. Sprawę należy zgłosić do niego, do konserwatora, następnie on wyznacza i przysyła firmę z odpowiednimi certyfikatami. Oczywiście za pracę tejże firmy płacimy my… A tu proszę, SARP daje nam zielone światło i wolną rękę bez potrzeby angażowania konserwatora.

Dlatego zacząłem tutaj wietrzyć jakiś podstęp. Spodziewam się, że pomalujemy sale, hole i pokoje, a SARP doniesie niezwłocznie, że Zamek został zniszczony, bo przeprowadzono prace budowlane bez uzyskania wymaganych zgód i projektów, przez ludzi bez odpowiednich szkoleń, świadectw i certyfikatów…

A może nic by nie było? No nie wiem… I nigdy się nie dowiem.
Otóż okazuje się, że podczas ostatniego odświeżania wnętrz Zamku zastosowano wysokiej jakości farbę odporną na ścieranie, którą można jednocześnie najzwyczajniej w świecie myć z zastosowaniem różnej chemii, w tym i silnych detergentów.
Ażeby nie narazić się konserwatorowi zabytków i jednocześnie spełnić obietnicę daną przedstawicielowi SARP co do odświeżenia wnętrz, po przeprowadzeniu kilku prób w niewidocznych miejscach postanowiliśmy po prostu umyć ściany. Na początek w okolicach wejścia, w najbardziej reprezentacyjnych miejscach Zamku. A w pozostałych pomieszczeniach w miarę możliwości i czasu.
I tak też się stało.

Tutaj chciałbym pochwalić wybór farby przez ostatniego dyrektora ze strony SARP, który odświeża wnętrza. Jest bardzo, bardzo dobra. Całkowicie odporna na szorowanie – bez żadnego uszczerbku znosi czyszczenie twardą stroną gąbki, szczotką ryżową, szmatą bawełnianą. Okolice kominka – miejscami czarne od dymu i sadzy, spryskane specjalnym środkiem rozpuszczającym zabrudzenia smoliste odzyskują dawną biel. Smoła znika bez śladu. Po farbie spływa to wszystko jak woda po kaczce.

 

 *

1-3. 05.2015. Majówka na Zamku w Tucznie.

No, majówki tutaj nie będę opisywać, w Internecie i prasie było na ten temat kilka doniesień i relacji.

W tymże jednak okresie mam okazję poznać kilku samorządowców, od których dowiaduję się, że Zamek jako taki faktycznie stanowi wyłączną i oddzielną własność SARP, wbrew temu, co pisałem wcześniej i co jest zawarte w cytowanej kiedyś księdze wieczystej.

Jeden z samorządowców informuje mnie, że bardzo jest możliwe, iż na skutek zwyczajnego niedopatrzenia SARP figuruje tam wciąż jako użytkownik wieczysty gruntów i budynku Zamku, natomiast pewne jest, że stowarzyszenie jest użytkownikiem gruntów i właścicielem Zamku, a to stało się możliwe na skutek uwłaszczenia przeprowadzonego pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku.

Jeżeli tak faktycznie jest, to przepraszam szanownych czytelników niniejszego pamiętnika za wprowadzenie w błąd w kwestii własności Zamku oraz samo Stowarzyszenie za podanie nieprawdziwej informacji o rodzaju posiadania przez nie Zamku. Zwiodło mnie jednoznaczne stanowisko Najwyższej Izby Kontroli (delegatura Poznań) oraz aktualne wpisy w księdze wieczystej, wskazujące, że to Skarb Państwa jest właścicielem naszej lokalnej perełki…

Przypomnę wygląd tych dokumentów:

 

Z drugiej strony jednak coś mi tu nie pasuje… Sam nie wiem co...

 

 *

29.06. – 19.07.2015. Pierwsze w tym roku letnie kolonie dla dzieci.

W tym okresie na Zamku przebywa grupa ok. 90 dzieci w różnym wieku na letnich koloniach. Plan zajęć mają mocno napięty, aczkolwiek ze względu na wyjątkowo dobrą pogodę i wysokie temperatury (skutkujące później suszą hydrologiczną) dzieciaki dużo czasu spędzają na różnych zajęciach na zewnątrz Zamku.

Wojciechowi Z. bardzo to przeszkadza. Chodzi tu i tam, przemyka pomiędzy drzewami, robi setki, a może i tysiące, zdjęć bawiących się dzieci. Dochodzi wręcz do sytuacji, w których zaczepia opiekunów kolonii i kategorycznie nakazuje im zaprzestanie zabaw na trawniku przez Zamkiem, bo to jego trawnik, a dzieciaki mu go niszczą… Opiekunowie kolonii znają historię Zamku i przebieg konfliktu, więc ignorują zaczepki Wojciecha Z. w ogóle o dyskusjach z nim nie wspominając, chyba że mimochodem.
Ale oprócz kolonii w tym czasie gościmy także kilka osób na wypoczynkach indywidualnych. Im także Wojciech Z. nie popuszcza, w efekcie czego co kilka dni słyszę w Recepcji pytanie: „kim jest ten dziwny facet? Bo on mówi, że jest architektem, a za tydzień, miesiąc, dwa będzie tu dyrektorem”.

Czyli co - teraz już"jestę architektę"? Gratulacje z okazji osiągnięcia poziomu 7. w Matrixie.

 

*

15.07.2015. Ostateczne rozstrzygnięcie w sprawie Imperio VS. SARP.

Na ten dzień wszyscy czekali od lat.

15.07.2015 Sąd Okręgowy w Koszalinie oddala apelację Imperio od wyroku Sądu Rejonowego z października 2014 r. nakazującego Imperio opuszczenie, opróżnienie i wydanie budynku głównego, czyli Zamku, Stowarzyszeniu Architektów Polskich. Imperio nie jest skłonne do podejmowania dalszych kroków prawnych (wniosek o kasację i ponowne rozpatrzenie), zatem wyrok ten kończy okres walki z SARP i teraz pracownicy firmy OK Humors działającej na zlecenie Imperio powinni bez zbędnej zwłoki opróżnić Zamek z siebie i swoich przedmiotów, po czym opuścić go raz na zawsze.

Warto przy przeglądaniu tego wyroku zauważyć, że pełen jest on błędów merytorycznych i faktologicznych – najwyraźniej Sąd rozstrzyga ostatecznie kwestię jedynie dla świętego spokoju, bez wnikania w szczegóły. Dla ścisłości lista oczywistych błędów, jakie popełnia Sąd w ocenie przedmiotu sporu:

  • metraż sal – podany zgodnie z treścią ulotki reklamową, w której są błędy – jej treść powstała wiele lat temu w oparciu o pomiary dokonywane krokami, na oko;
  • restauracji w Zamku nie ma i nie było – pomieszczenie owe, które nazywano potocznie restauracją, to jadalnia zamkowa, gdzie nigdy nie było wyboru potraw. Okazjonalnie w recepcji Zamku pojawiała się ulotka z informacją o możliwości zakupienia obiadu wraz z 2 – 3 propozycjami menu. Co to za restauracja, gdzie są maksymalnie 3 pozycje do wyboru?
  • w wyroku pada informacja, że w Zamku jest rzekomo 41 pokoi z łazienkami – więc policzmy:
    • I piętro: numery od 101 – 116, co daje 16 pokoi.
    • II piętro: numery od 201 do 220 (przy czym 220 jest na poddaszu, nie wykorzystywany) – to daje 20 pokoi. To daje 16 + 20 = 36 pokoi.
    • Sąd dopatrzył się jeszcze pięciu… Zastanawiam się gdzie one są. Bo nawet gdyby pokoje zlokalizowane w budynku administracyjno-gospodarczym policzyć – kiedyś były 4, dziś są 3 – to i tak brakuje nam jeszcze 1 lub 2 pokoi…
  • sąd wspomina o 2 (dwóch) apartamentach… Tymczasem w Zamku są 4 (cztery) – 101, 106, 115, 202.
    I nie, nie chodzi tutaj o rozdzielenie apartamentów i pokoi – Sąd w wyroku pisze „41 pokoi (…) w tym dwóch apartamentów”

Powyższe to takie moje 3 grosze do zakończonej sprawy, po prostu czepiam się szczegółów ;-)

W każdym razie oddalenie apelacji w tym dniu powoduje, że czuję psychiczny dyskomfort mając świadomość, że takie zakończenie tej sprawy czyni ze mnie od teraz nielegalnego okupanta Zamku.
Tak, mam straszne skrupuły. Całe swoje dotychczasowe życie przeżyłem w 100% uczciwie, ostatni raz ukradłem coś dla zabawy w wieku 13 lat (dziś mam ponad 40), nigdy nikogo nie oszukałem, nigdy nie podjąłem się żadnych czynów niezgodnych z moją wewnętrzną etyką czy prawem karnym i moralnym dla pieniędzy, nigdy nikomu nie odmówiłem żadnej pomocy... A w tym dniu staję się nielegalnym użytkownikiem Zamku

Moje morale ratuje świadomość, że choć przebywam w Zamku od 15. lipca nielegalnie, to jednak nie bez powodu.

Po pierwsze – muszę wywiązać się z zawartych umów – istnieją rezerwacje na drugą połowę lipca i sierpień, których nie można odwołać. Muszą być zrealizowane jak zawsze z troską o jak najwyższy komfort gości. Pal licho mój komfort i przekonania – goście nie są niczemu winni i nie można im anulować wakacji od dawna zarezerwowanych i przedpłaconych. Oni muszą dostać to, czego oczekują i za co płacą – i tak będzie.  

Po drugie – zgodnie z oficjalną propagandą SARP i Wojciecha Z. szerzoną również w mediach ogólnokrajowych, pracownicy Zamku od lat przebywają w nim nielegalnie. Tak więc skoro już od lat jestem osądzony jako nielegalny, to już gorzej nie będzie.

Po trzecie – wyrok to jedno, a jego egzekucja to drugie. Osobiście zaczynam uważać, że warto skopiować dokładnie zachowanie Wojciecha Z. i SARP i pomimo wyroku twardo siedzieć i nie ruszać się na krok. Ażeby SARP mógł przejąć Zamek w tej sytuacji wymagane jest zdobycie klauzuli wykonalności oraz wynajęcie komornika, któremu trzeba będzie sypnąć sporym groszem za podjęcie się eksmisji Imperio z Zamku. Poprzez spory grosz rozumie się tutaj sumę 6-cyfrową, chyba że dzięki znajomościom i koligacjom rodzinnym SARP uzyska specjalną zniżkę. Ponieważ komornik właściwy ze względu na lokalizację Zamku ma siedzibę w Wałczu, koligacje raczej nie wchodzą w rachubę. A tylko komornik właściwy ze względu na lokalizację może podjąć się eksmisji, układy rodzinno-koleżeńskie w Warszawie czy gdzie indziej nie mają znaczenia.

Jednocześnie kilka dni po oddaleniu wspomnianej apelacji Imperio dowiaduje się ze źródeł bardzo zbliżonych do ZG SARP, iż Wojciech Z. deklaruje chęć siłowego wejścia do Zamku i wyrzucenia Imperio i innych podmiotów działających na zlecenie tej spółki. Ma się to odbyć na zasadzie wtargnięcia z wynajętą ochroną, która ma zastraszyć pracowników Zamku i zmusić ich do opuszczenia terenu, w razie potrzeby z użyciem siły.

Wskutek powzięcia tej informacji OK Humors (agent działający w Zamku na zlecenie Imperio) podejmuje decyzję o zatrudnieniu całodobowej licencjonowanej ochrony uzbrojonej w broń palną i środki przymusu bezpośredniego.  Jednocześnie wysłane zostają pisma informujące o wystąpieniu stanu zagrożenia dla życia i zdrowia pracowników i gości Zamku do policji w Tucznie, Wałczu i Szczecinie.

To bardzo krzyżuje plany Wojciecha Z. związane z siłowym przejęciem Zamku. Niestety, wioskowe głupki, jakich ma zamiar zatrudnić do przejęcia Zamku pod egidą znanej w okolicy firmy ochroniarskiej zatrudniającej ludzi na godziny z tzw. łapanki pod bramą, w konfrontacji z licencjonowanymi, profesjonalnymi, uzbrojonymi po zęby ochroniarzami raczej nie będą się narażać na kontuzje w niejasnej grze.

Dzięki temu udaje się spokojnie pracować przez cały następny miesiąc wywiązując się solidnie z zawartych umów i rezerwacji oraz starając się zapewnić gościom jak najbardziej komfortowy pobyt w Zamku. Oczywiście w efekcie starań Wojciecha Z. – podobnie, jak to miało miejsce w 2012 roku – firma ochroniarska otrzymuje strasznie straszące ją pismo z kancelarii prawnej SARP, acz po konsultacjach z własnymi prawnikami firma ignoruje nieudolne pismo pani mecenas SARP i pozostaje przy nas, a Wojciech Z. jedyne, co tym zyskuje, to tylko personalną niechęć kilku uzbrojonych facetów, którzy deklarują od teraz bardzo dużą niecierpliwość w oczekiwaniu na bezpośrednią konfrontację z Z.

Cały stan zagrożenia jednej i drugiej strony zostaje zażegnany jednym sierpniowym telefonem dyrektor Zamku, Agnieszki N., w czasie którego deklaruje ona przekazanie Zamku SARP-owi dobrowolnie i w pełnej zgodzie w dniu 31.08.2015.

SARP-owi nie pasuje ten dzień, więc przekazanie Zamku przesunięte zostaje na 1.09.2015.

W tym celu wszystkie rezerwacje na wrzesień i kolejne miesiące zostają anulowane, osoby z rezerwacji powiadomione o tym fakcie, a wpłacone zadatki zwrócone.

 

 *

20.07.2015. Wojciech Z. ma wizję

W tym dniu Wojciech Z. doznaje halucynacji, która wywołuje reakcję Policji.

Otóż doznaje urojenia, w którym pod Zamek podjeżdżają różne ciężarówki, na które ładowane są antyki, szafy i jakieś inne rzeczy w ramach okradania Zamku przez jego pracowników – po przegranej sprawie (apelacji).  Na marginesie warto wspomnieć, że to ciekawe, iż jeszcze coś do załadowania zostało, skoro rzekomo pracownicy okradają Zamek codziennie od 3,5 roku…

Urojenie to jest tak sugestywne, że powiadamia SARP o kradzieży jego mienia. Niewątpliwie musiał zażyć mocny towar - od wielu godzin przebywa poza terenem Zamku, a wszystko widzi.

Około 15:00 SARP kontaktuje się z Dyrektor Zamku i pyta co tam się odp…la, co tu się rozkrada… A nas wielka konsternacja – jakie ciężarówki, jakie rozkradanie? Jedyny pojazd, który można nazwać ciężarówką, jest tu rano o 7:30 i jest to śmieciarka opróżniająca kontenery - jak co tydzień. Drugi pojazd, jaki zajeżdża tego dnia pod Zamek, to pani listonosz z tuczyńskiej poczty z listami do Zamku – do jej autka z trudem wchodzi sam kierowca, o szafach nie wspominając…

No cóż - halucynacje Z. robią wrażenie, co zmusza szczeciński oddział SARP do złożenia zawiadomienia na Policji z żądaniem podjęcia interwencji. W efekcie tego bodajże około 17:00 do Zamku przyjeżdża lokalny patrol Policji i… pyta co tu się odp…la, gdzie są te ciężarówki za skradzionymi dobrami i gdzie były te dobra, a dokładnie: antyki…

Mnie szczęka opada, ale tylko na chwilę, bo wiem już o urojeniu Wojciecha Z. – tłumaczę i pokazuję przybyłemu patrolowi w trakcie legitymowania i spisywania, że to zwykłe pomówienie, jakich doświadczyliśmy wszyscy my – pracownicy Zamku – bez liku na przestrzeni ostatnich kilku lat ze strony tego dziwnego faceta mieszkającego tam, przy bramie. Że jest konflikt, a facet wymyśla różne brednie – niestety, jak do tej pory bezkarnie. Jeżeli chcą panowie Policjanci dowodów innych, niż moje słowa, że dziś pod Zamkiem nie było żadnych ciężarówek ani nic z niego nie wynoszono, to można sprawdzić monitoring u Wojciecha Z. – ma kamery skierowane na Zamek, drogę do Zamku, parking i w parę innych miejsc…

Później się okazuje, że monitoring…. dziwnym trafem był od dłuższego czasu zepsuty i nie ma nagrań z tego dnia… Ta, jasne, czołg mi tu jedzie?

Wiemy, że Z. lubi wciągać różne rzeczy, ale tamtego dnia towar ewidentnie był nieco za mocny.

 

 *

29.07 – 11.08.2015. Drugie kolonie dla dzieci

Zgodnie z podjętą decyzją o wywiązaniu się z zawartych umów na wypoczynek tego lata w Zamku gości obóz judo dla dzieci.

W tym czasie Wojciech Z. dostaje spazmów – jakim prawem, jak to możliwe, dlaczego oni przyjmują jakieś kolonie skoro ma ich tu już nie być!?

W swoim szaleństwie kryjąc się za drzewami lub na chwilę podchodząc bliżej Zamku wykonuje setki fotografii bawiących się dzieci w wieku 8 – 12 lat.
Zauważa to któregoś dnia jeden z zawodowych judoków – opiekunów obozu. Postanawia powiedzieć Wojciechowi Z. co myśli na temat nieustannego fotografowania jego podopiecznych. Opiekun jest przekonany, że ma do czynienia ze zboczeńcem, z pedofilem. W trakcie dyskusji odpycha Wojciecha Z. Nie jest to żaden wytrenowany chwyt – zwyczajne odepchnięcie natręta oznaczające „idź sobie robić zdjęcia gdzie indziej”. W tym momencie Wojciechowi Z. pęka żyłka w mózgu – wzywa Policję zgłaszając napaść, pobicie

Przyjeżdża Policja. Dowiaduje się, że dotychczas nie działający monitoring Wojciecha Z. działa, więc przegląda nagrania. Nie znajduje znamion przestępstwa czy wykroczenia. Ale dla pewności Policjanci proszą o pokazanie zdjęć, jakie Z. wykonywał w tym czasie. Okazuje się, częściowo że nie mają one nic wspólnego z Zamkiem. Widać na nich dzieci w pełnej krasie, w pełnym zbliżeniu. Policjantom zapala się ostrzegawcza czerwona lampka. Pouczają Wojciecha Z. na temat robienia zdjęć dzieciom i odjeżdżają.

Napaści i pobicia nie było, a więc to kolejne fałszywe zgłoszenie Wojciecha Z. i zbędna interwencja w Zamku, są za to podejrzane fotografie małoletnich uczestników kolonii w Zamku na jego aparacie… Tak liczne i z taką pasją wykonywane, że aż budzą zdziwienie Policjantów…

 


 

I to już koniec dziwnych przypadków w Zamku Tuczno związanych z Wojciechem Z. z okresu mojej pracy tamże. Pozostaje mi do napisania tylko kilka słów zakończenia i podsumowanie całej historii, co znajdą Państwo w ostatnim rozdziale.

 

*